wtorek, 22 stycznia 2019

Biała, niezapisana kartka.

Każdy z nas inaczej sobie poradził z tym zadaniem. "Biała, niezapisana kartka" jako nasza praca domowa jest szczególnym tematem. Niby prosta sprawa; wiadomo: Nowy Rok, styczeń, nowy kalendarz... trochę skojarzenia nasunęły się same. Ale potem okazało się, jak bardzo rózne to były skojarzenia. I jak bardzo różnie podeszliśmy do tego tematu.
Takie nasze bogactwo. Dzisiaj się nim dzielimy. Zapraszamy :)


(Te-Tra)
***

Dlaczego chcę, żeby było lepiej, skoro jest dobrze?
Po co liczę na cud? Pan Bóg jest na pewno zajęty!
Skąd wiem, że stać mnie na coś jeszcze, przecież już tak wiele osiągnęłam?
W jakim celu wytężam wzrok, jakby za zakrętem istniało coś jeszcze?
Po kiego diabła nadstawiam ucha, kiedy nikt nie woła?


… bo wciąż żyję… bo trwam… bo marzę



(Barbara Cywińska)
Na białej kartce, a właściwie na dwóch białych kartkach linijka pod linijką wije się rząd liter, złożonych w słowa i zdania... Na jednej kartce, pismem odręcznym, na drugiej zaś czcionką komputerową, zapisana została elementarna prawda, symbol, budzący szacunek, nieodzowny element życia ludzkości od wieków... Spracowane dłonie babci Marianny sprawnie wyrabiają chlebowe ciasto w drewnianej dzieży... Gołym okiem widać ogrom miłości i energii, jaką, te dłonie, poznaczone niebieskimi żyłkami, wkładają w te niby proste czynności, najpierw wyrabiania potem formowania bochnów chleba, poprzez  rozpalanie w piecu i pieczenie, aż do obdarowywania członków rodziny i sąsiadów chlebem, uczyniwszy wpierw na nim znak krzyża...
Zaledwie kilka dni temu taki obraz wyświetliło moje prywatne kino. Wiele lat po tym, jak na miejscu  tamtego domu, domu babci, w którym scena pieczenia chleba była powtarzalna, wyrósł inny dom, inny piec a chleb kupuje się w sklepie.  Tamten dom,  zbudowany z bali, z przestronną sienią, spiżarnią zwaną komorą, piecem chlebowym i takim dziwnym zamknięciem na drzwiach, nazywanym skoblem istnieje tylko w pamięci członków rodziny. Babcia mówiła, zamknij dziecko drzwi na skobel!  I nożem czyniła na chlebie znak krzyża, zanim odkroiła wielką pajdę, pachnącą, pożywną, pyszną... Takie niby nic nieznaczące strzępy wspomnień coraz częściej pojawiają się w świadomości, wciskają przed myśli i  słowa, nadając im kierunek....Zaledwie  kilka dni temu po raz pierwszy w życiu, w wyjątkowym bo świątecznym okresie, sama wyrabiałam ciasto na chleb. Ręce mnie rozbolały od ugniatania i mieszania...ale...o dziwo, sprawiało mi to przyjemność...Chleb, przygotowany własnoręcznie, przed laty niemal codzienność, dzisiaj - wielkie święto! Zapach, smak...coś fantastycznego, czego nie można z niczym porównać! I te emocje...bezcenne. Gorąco polecam.
Receptura wypieku chleba według wskazówek dwóch kobiet, które nic o sobie nie wiedzą. Łączy ich - tylko i aż - chleb. 



fot. B.C.

1 kg mąki (200 g żytniej, 200 g orkiszowej, 600 g pszennej)
3/4 szklanki otrąb pszennych
3/4 szklanki otrąb owsianych
0,5 szklanki ziaren słonecznika
0,5 pestek dyni
3 łyżki kminku
3/4 szklanki siemienia
0,5 kostki drożdży (50 g)
4 małe łyżeczki soli
zakwas, prezent od Teresy (dziękuję!)
2 szklanki zimnej wody
2 szklanki gorącej wody
Wszystko dobrze wymieszać. Odłożyć garść zakwasu do słoika i wstawić do lodówki. Będzie potrzebny gdy przyjdzie nam ochota na powtórkę z pieczenia chleba. Ciasto włożyć do 2 blaszek typu keksówka, wyłożonych papierem do pieczenia). Wstawić na 2 godziny do lodówki.  Piec około godziny  w temp 180 C. Na 15 minut przed końcem pieczenia zmniejszyć temperaturę do 160 C.

Tekst znajduje się na blogu (https://przystanek-40.blogspot.com)

(Matylda Graboś)

Tabula rasa - niezapisana tablica. Wyrażenie to, znane już było w średniowieczu, a nowożytnego sensu nadał mu filozof John Lock, który pisał, że umysł w czasie narodzin jest „czystą kartą, niezapisaną żadnymi znakami”. Umysł taki czeka na zapisanie poprzez doświadczenia i edukację. Czy faktycznie tak jest? Można by z tym polemizować. Przecież dziecko w chwili narodzin posiada już jakieś wspomnienia – doskonale zna rytm bicia serca swojej matki, brzmienie jej głosu. Najmilsze dźwięki, które sprawiają, że ta maleńka istotka czuje się bezpiecznie. Nie jest więc tak zupełnie niezapisany. Moim zdaniem człowiek, w chwili narodzin rozpoczyna kolejny już rozdział księgi zatytułowanej „Życie”, w której pierwszymi zanotowanymi słowami było jego poczęcie. Każda sekunda, minuta, godzina… dzień, miesiąc, rok… 



Z każdą upływającą chwilą piszą się kolejne zdania, strony, rozdziały. Tworzą się nowe wątki i pojawiają się nowi bohaterowie – bardziej lub mniej kluczowi. Nasuwa się na myśl pytanie, czy Życie pisze się samo czy my jesteśmy jego autorami? A może to Bóg jest jego autorem? Może ta księga od samego początku naszego istnienia jest już skończona a nam dane jest tylko ją przeczytać? Z drugiej strony, mamy przecież wolną wolę, możemy sami decydować o sobie i o swoim życiu… Możemy być panami swojego losu… Jak to w końcu jest z tą czystą, niezapisaną kartą…? Ja wierzę, że to Bóg pisze nasze Życie, ale jest Autorem, który słucha sugestii swoich czytelników; który pozwala się uprosić i który często wprowadza nas w wątki, gdzie Sam daje nam możliwość wyboru, w którą stronę, dalej ma potoczyć się akcja tej niezwykłej powieści; i niezależnie od tego jak ją poprowadzimy, to jej zakończenie Bóg już dawno dla nas przygotował. Zostaje nam się tylko modlić, by księga naszego życia była jak najdłuższą historią, obfitującą w radosne wątki i by doprowadziła nas –  jej głównych bohaterów do szczęśliwego zakończenia.


(Dorota Szczepańska)


Zimowy dzień zawsze ma w sobie coś z tajemnicy. Śnieg zakrywa wszystko to, co niedoskonałe a biały puch może niespodziewanie wpaść za kołnierz albo, porwany wiatrem, unieść się w górę na podobieństwo burzy piaskowej, aby zakryć wszystko przed ludzkimi oczami. Tumany śniegu swoim zimnym dotykiem otulały każdy krzew i każdą gałązkę w parku tak ściśle, że nie mieścił się na nich nawet jeden płatek śniegu więcej, a zdziwione gawrony, których nie odstraszał nawet spory mróz, przechadzały się po alejkach, niby strażnicy doglądający, czy aby wszędzie tego śniegu jest po równo.

Rys. Ewa Sprawka

W taki właśnie zimowy, mroźny dzień Dagmara skręciła nogę. I w tak samo mroźny, śnieżny dzień, ale rok później, dostała pracę w firmie Michała.
Ona, polonistka. Bez doświadczenia biurowego, bez praktyki, bez pojęcia o tym, czym miałaby się zajmować.
Polecona przez Jagodę, która właściwie wtedy jeszcze jej nie znała, ale – jak mawiała – gorąco wierzyła w jej możliwości i inteligencję – została przyjęta do pracy bez żadnych dodatkowych wymagań typu: „pani się douczy, podszkoli, my będziemy obserwować i zobaczymy”. Po prostu.
To było coś zupełnie nowego i innego niż dotychczas. I coś, czego chciała spróbować.
Od nowa. Jeszcze raz. Zapominając o tym, co za nią. Dokładając wszelkich starań, ufając własnej intuicji i słuchając tych, którzy – wiedziała o tym – byli jej życzliwi.
Biała, niezapisana, nowa kartka. Czysta. Niewiadoma. Zagadkowa.
Jak nowy dzień, jak blady świt, jak pierwsza w życiu wiosna.

I jak śnieg, który pada w całym mieście, wszędzie jednakowo, i który wypełnia, przykrywa, zasłania i odnawia, a  wiosną – nawadnia i daje życie.



(Jadwiga Grzesiak)


Cała kolonia Rajsk przygotowywała się do świętowania urodzin Lodzi.
- Które to urodziny?- zastanawiała się Basia.
Nikt nie śmiał pytać o to jubilatki.
„Na pewno dawno skończyła osiemdziesiąt lat”, domyślała się Zofia. „Ta Lodzia jeszcze taka piękna kobieta, trzyma się prosto. Sylwetkę ma zgrabną, porusza się z gracją. Mało się porusza. Więcej siedzi, bo ma zawroty głowy” - zasępiła się Zofia.
- Ma taką ładną cerę i puszyste włosy w kolorze platyny, naturalne. Lodzia nosi jasne ubrania i kolorowe szale, dba o wygodne obuwie z amortyzującą podeszwą, nosi złote pierścionki, a na przegubach obu rąk ma piękne bursztynowe bransoletki, które nosi, jak mówi, w celach zdrowotnych.
- O co to może chodzić? – zastanawiała się Zofia.
Bursztyn ma właściwości lecznicze, które znano już w starożytności w zetknięciu ze skórą wydziela piękny zapach ma też własności magiczne - wyjaśniała Basia.
- Magia?  To Lodzia jest czarownicą?- Zofia jak zwykle rozumiała wszystko dosłownie. A teraz zadumała się.
Jej życie odkąd zamieszkała w „Pensjonacie pod Malinką” bardzo się zmieniło. Nie jest już wiecznie sama, ot stara kobieta czekająca na śmierć - jak o sobie przedtem myślała. W ogóle nie myśli o śmierci, myśli o życiu, o dniu dzisiejszym.
Ja też się muszę przygotować jakoś do tej uroczystości- powiedziała głośno.
Co ja zrobię z włosami? -zasępiła się.
Były one bardzo przerzedzone i nie dodawały Zofii urody.
Basia zaproponowała, ażeby kobieta zakładała nakrycie głowy. Zaprojektowała turban. Jego wzór zrobiła z miękkiego szala i przymierzyła Zofii. Było ładnie.
Jakie kolory będą najlepsze?- zastanawiały się kobiety.
- Trzeba skomponować z barwą sukni - radziła Suzette, która otworzyła szafę i przeglądała jej zawartość. Ta miodowa sukienka chyba będzie najładniejsza.
Ręce Basi dzisiaj były w dobrej formie, wzięła więc karton i kredki, i namalowała tkaninę w pasy: miodowe, beżowe i białe. Pomyślimy, jak zmaterializować ten projekt.
Rozległo się pukanie do drzwi. Usłyszały charakterystyczne dwa stuknięcia. Wszystkie usiadły na krzesłach.
Do pensjonatu wszedł Krzyś Śledziewski. Z ujmującym uśmiechem ucałował ręce pensjonariuszek.



- Czy dobrze usłyszałyśmy, że zapukałeś dwa razy?- kokietowała Suzette.
- Bardzo dobrze. A gdybym zapukał trzy razy, to co byście zrobiły?
- Podeszłybyśmy do stołu - wyrwała się Zofia.
- Nie, nie - śmiała się Basia. - W takim przypadku wszystkie powinnyśmy stać.
- Dobrze - pochwalił ją Krzyś. Natomiast podchodzimy do okna, gdy zapukam cztery razy - przypomniał opiekun trener i menadżer w jednym. – Wszystkie te zabiegi służą ćwiczeniu pamięci. Cały czas pamiętamy o tych ćwiczeniach o rehabilitacji.
- Basia jest młoda i ma dobrą pamięć, to nam podpowie - znalazła wyjście Zofia.
- Nad czym się zastanawiacie? Co to za projekt? - zainteresował się Śledziewski, widząc porozkładane na stoliku materiały.
- Robimy nakrycie głowy dla Zofii, będzie to turban w pasy miodowe beżowe i białe.
- Zamiast białych proponuję écru - radził Krzyś. Kolory lepiej się będą komponowały, a panie, przy okazji, będą ćwiczyły wymowę trudnego wyrazu.
Ona będzie uczyła, ona - zgłosiła się Suzette. – To jest wyraz francuski, ona najlepiej nauczy.
Pensjonat rozbrzmiewał odgłosami lekcji fonetyki i śmiechami nie zawsze pojętnych uczennic.
- Ale wam wesoło, zazdroszczę - powiedziałam na powitanie wchodząc do Pensjonatu pod Malinką.
- Mamy zamówienie dla malarki – prześcigały się w pomysłach kobiety.
Obiecałam, że pokryję białą tkaninę pasami w stosownych kolorach i uformuję z niej turban dla Zofii. Postaram się też, żeby materiału wystarczyło jeszcze na pasek do sukni.
Krzyś ćwiczył wymowę razem z paniami. Ćwiczenie było utrudnione, bo pojawiły się dwa niepolskie wyrazy: oprócz écru, jeszcze répète, gdyż wyraz „powtórzcie” był nie do wymówienia przez Francuzkę. Polecenie wydawała więc w swoim ojczystym języku. Zofia uparcie powtarzała za Suzette „répète” zamiast „écru”. Instruktor dał się omamić i też krzyknął: répète. Basia zaśmiewała się z tej pomyłki, tak ją ona rozśmieszyła, że dusiła się od śmiechu, co w jej przypadku wcale nie miało przenośnego znaczenia. Straciła oddech, zsiniała, Krzyś robił jej sztuczne oddychanie, pielęgniarka Ela podała lek, wezwano pogotowie. Basia trafiła do szpitala.

Zrobiono jej tam badania, zmieniono leki i Basia do nas wróciła.


(nowe teksty pojawią się w przeciągu kilku dni, ale żeby nie trzymać wszystkich w niepewności i oczekiwaniu - publikuję to, co jest do tej pory)


niedziela, 23 grudnia 2018

OBFITOŚĆ SŁÓW


Spotkaliśmy się przed tuż przed świętami. Nasze bombkowe, inspirowane powieścią naszej Moniki... I właściwie było wiadomo. 
To, co przeczytacie poniżej, to efekty naszej pracy, które prezentowaliśmy 21. grudnia właśnie na "Bombkowym". To różne teksty. Będą sukcesywnie dodawane, ale dziś już - kilka z nich, jako prezent pod choinkę. Zaręczam, że warto się przy nich zatrzymać.


Ogrody anielskie... (Barbara Cywińska)


Kawa, uwielbiana, bez której trudno przeżyć dzień, w jednej chwili traci smak, zatrzymuje się gdzieś w przełyku jakby była głazem, ciężkim i twardym a nie aromatycznym płynem. Jak to możliwe? Dźwięk przychodzącej wiadomości, mimo że wdziera się w przyjacielską pogawędkę trzech kobiet, nie zapowiada niczego złego. Jeszcze nie…Tymczasem w małym tarnobrzeskim mieszkaniu, w każdym zakamarku widać troskliwą rękę Wandy, jej artystyczne upodobania i próbki prac, haftowane obrazy, gobeliny, bibeloty najróżniejsze, przycupnięte tu i tam. Jan, z telefonem w dłoni, krąży po mieszkaniu, rozgląda się, nasłuchuje. Tak bardzo chciałby usłyszeć jej kochany głos... To miał być prosty zabieg. Fakt, Wanda chorowała od dawna, jej serce było takie słabe. Lekarze zapewniali, że po zabiegu odzyska siły. Coś jednak poszło nie tak!

A on tyle razy ją denerwował, tyle razy narażał jej serce na stres. Gderał, że w całym mieszkaniu poniewierają się motki włóczki, jakieś tasiemki, sznureczki, że ona nic nie robi tylko dzierga te swoje ozdóbki, kokardeczki na choinkę, łańcuszki...I po co to robi, przecież i tak będzie musiała to rozdać znajomym bo w ich dziupli to wszystko się nie zmieści. Kilka lat temu, gdy mieszkali na wsi pod Bychawą te jej świąteczne upodobania do masowej produkcji ozdób miały jakiś sens. Wanda już w październiku zaczynała planować, projektować świąteczną aranżację ogrodu, gromadziła materiały itp. Ich ogród, świątecznie przyozdobiony jej ręką, wyglądał jak z bajki. Wszyscy się nim zachwycali. Bywało, że obcy ludzie przejeżdżając obok zatrzymywali się żeby zrobić mu zdjęcie… Jan słuchał tych zachwytów, przyjmował je z radością i puchł z dumy ale nigdy żony nie pochwalił. Ot, głupia męskiej przekora. Gdyby mógł cofnąć czas… Ale ten uparciuch CZAS nie daje się cofnąć! Jan drżącą ręką wystukuje na ekranie komórki wiadomość: "...w środę w szpitalu...ręka bezwładnie opada, oczy zachodzą mgłą. Ile trwa ten stan odrętwienia sam nie wie, z trudem pisze dalej: ...zmarła mi żona. Pogrzeb odbył się w sobotę. Przepraszam, że Cię nie powiadomiłem. Jan." - Zaraz! Ściskam komórkę w dłoni, musiałam coś źle przeczytać, albo źle zrozumieć. Jak to? Wanda nie żyje? Wanda, kobieta anioł, chodząca dobroć? Kobieta o wielkim sercu, przepełnionym miłością i życzliwością dla innych ludzi, wyrozumiała żona, kochająca mama i babcia, fantastyczna przyjaciółka, artystka i najlepsza gospodyni? Kogoś takiego już nie ma? To niemożliwe! To nie może być prawda. Ja protestuję! Nie zgadzam się! Walę pięścią w stół, aż podskakują filiżanki. Złość, bezsilność, żal wylewają się potokiem łez...Już nigdy! Jak okrutnie dwa słowa te brzmią! - śpiewała przed laty Sława Przybylska. Słuchałam tej piosenki jako dziecko i nie rozumiałam słów. Jak na ironię, teraz same do mnie wróciły, a ich sens jest zrozumiały. 



Wanda. Nigdy nie spotkałam kogoś równie życzliwego dla świata jak ona. Nigdy u nikogo nie widziałam takiej pogody ducha i radości w sercu, pomimo wszystko, pomimo kłopotów najróżniejszych, których życie fundowało jej bez liku. To wielkie szczęście, że los postawił kogoś takiego na mojej drodze. I tylko tych okazji do spotkań, zmarnowanych, żal. Za mało i za rzadko ze sobą rozmawiałyśmy. Już nigdy...tu na ziemi. Wierzę jednak, że tam, w anielskich ogrodach, Wanda wykorzystuje swoje artystyczne zdolności, przygotowując świąteczne dekoracje. Ale co to? Dałabym głowę, że śliczny aniołek, którego zrobiła dla mnie Wanda przed rokiem, dzisiaj ukryty pomiędzy gałązkami świerku, puszcza do mnie oko i pięknie się uśmiecha! Magia... czary jakieś… i chóry anielskie śpiewają:
Chrystus się rodzi
Nas oswobodzi
Anieli grają
Króle witają
Pasterze śpiewają
Bydlęta klękają

Cuda, cuda ogłaszają...



Modlitwa tego, który błądzi  (Te-Tra)

Jezu:
- nie pozwól osiwieć mojemu ojcu przeze mnie
- zabierz niepokój z twarzy mojej matki, która wygląda w nocy przez okno, aż pojawię się przed domem
- spraw, żebym ugryzł się w język, gdy babcia mówi, jak mam żyć
- usuń sprzed moich nóg psa, który, choć powinien mnie już omijać z daleka, nadal z ufnością biegnie w moją stronę
- powstrzymaj moją dłoń, gdy nawet w święta sięgam po alkohol
- ześlij na mnie chwilę trzeźwości i pozwól mi narodzić się razem z Tobą w ubogiej stajence



Pobożne życzenia   (Te-Tra)

Niech w dzień Bożego Narodzenia cieszą się wszystkie stworzenia:
- wygłodniały kot nad miseczką pełną tłustej śmietanki
- bezdomny pies z kulawą nogą przy ciepłej budzie
- stary koń wysłany wreszcie na emeryturę
- rosołowa kura z wolnego wybiegu, której po raz kolejny darowano życie
- karp, który, o dziwo, uniknął kontaktu z patelnią
- uczeń, któremu ferie spadły jak manna z nieba
- dziecko, które wysłało list do Mikołaja pocztą elektroniczną, wierząc, że ten jest na bieżąco z nowoczesną technologią
- nauczyciel, bo wreszcie ma czas dla własnej rodziny
- i ja, bo tak sobie po prostu założyłam i….. już!


Wieczerza u nas!  (Dorota Szczepańska)


- Wieczerza u nas! – z taką informacją Ksawery, nawet nie zdejmując butów, wpadł do kuchni, przynosząc ze sobą zimny wiatr i grudniowy mróz, który rozpanoszył się na dworze i ani myślał odpuścić.
- Jak to u nas? - gwałtownie odwróciła się od stołu Celina, przewracając stojącą na nim torebkę z mąką - W tym roku mieliśmy iść do Staszków.
- Halina zadzwoniła do mamy, że nie zdąży z niczym, bo jedzie w delegację i wraca na dzień przed Wigilią. Staszek powiedział, że jak ona pojedzie, to on może tylko choinkę kupić, bo na potrawach świątecznych się nie zna, a Franek zadzwonił do mnie, żebyśmy ratowali sytuację, bo jak nie u nas, to wigilii w tym roku nie będzie, bo przecież on od rana do nocy jest w warsztacie, więc nie ma na nic czasu. Więc sama widzisz, że u nas – pokiwał głową Ksawery, otrzepując się ze śniegu i tworząc w kuchni sporej wielkości kałużę.
- Nie właź tu! – tupnęła nogą Celina, a mężczyzna spojrzał na nią zdziwiony i już miał coś powiedzieć, ale zorientował się, że wyartykułowany zakaz był skierowany do kota, który przebudzony z drzemki zainteresował się mieniącą się na podłodze mokrą plamą.
- Bartek! Kolacja! Słyszałeś?! – dał się słyszeć na górze głos Maćka, który dzień wcześniej w szkole dowiedział się, że dawniej na kolację mówiono „wieczerza” i teraz, usłyszawszy to słowo z ust taty, nie omieszkał poinformować o tym swojego młodszego brata.
Celina złapała się za głowę.
- Chłopaki, dopiero czwarta. Kolacja za dwie godziny! Maciej, co ci przyszło do głowy…
- To tata powiedział – zaperzył się jasnowłosy malec, wpadając do kuchni jak burza – to tata, mamo!
- Synku – jęknął Ksawery, usiłując uwolnić się z kurtki, w której zaciął się zamek – synku, ja mówiłem, że wieczerza u nas. Nie kolacja.
- Tato! Przecież wieczerza to kolacja, pani wczoraj mówiła w szkole…
- Głodny jestem! – oznajmił Bartek, młodszy syn państwa Kamińskich, tarmosząc kota.
Celina złapała się za głowę.
- Uspokójcie się wszyscy. Bartek, Maciek – na górę. Zawołam was, jak będzie kolacja. Ksawery – ściągnij tą kurtkę przez głowę, za chwilę się roztopisz jak ten śnieg, w domu jest ciepło. I zdejmij buty. Chłopcy! Zabierzcie ze sobą kota. Robię pierogi, a on włazi na stół.


Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki w kuchni zrobiło się pusto, tylko palnik gazowy cicho syczał płomykiem pod garem z bigosem, a obok  bulgotała woda na pierogi, które zajmowały już cały blat stołu, choć na stolnicy leżał jeszcze kawał nierozwałkowanego ciasta.
Celina odetchnęła.
- Ksawery?
Mąż, już w domowych kapciach i bez kurtki, podszedł do niej i mocno ją przytulił.

- Tak, kochanie. Ja też bardzo lubię święta. Dobrze, że zagniotłaś tego ciasta więcej. W końcu wieczerza u nas. Nikt nie może w ten wieczór być głodny.



Opowieść Świąt Bożego Narodzenia (Danuta Hanaj)

Mała dziewczynka stała na stołeczku przy oknie i patrzyła przez skrawek zamarzniętej szyby. Szron pokrył prawie całe okna, więc mała Basia wyskrobała sobie  mały kawałek, aby odsłonić szybę i móc patrzeć na zasypane śniegiem pola. Śnieg skrzył się w promieniach słońca a pod okno podchodziły kuropatwy, bażanty a nawet zające rozpaczliwie szukając pożywienia, gdyż pierzyna śnieżna była bardzo gruba i zwierzęta nie mogły dokopać się do jakiejkolwiek roślinki.
Mama Basi krzątała się w kuchni przygotowując do świąt Bożego Narodzenia różne potrawy. Pachniał sernik upieczony ze swojskiego sera, makowiec z maku zebranego latem z pola.
W międzyczasie mama robiła salceson i kiełbaskę oraz bigos.
Tata w tym czasie strugał klocki dębowe przygotowując się do wykonania szprych do kół.
Klienci czekali na koła, aby móc na wiosnę uruchomić wozy niezbędne do pracy jak i transportu w gospodarstwach.
Dziewczynka bardzo się nudziła, nie miała rodzeństwa. Mieszkali w małym gospodarstwie oddalonym daleko od wioski.
Nadszedł dzień wigilijny. Od rana Basia z mamą ubierała choinkę, którą tato przywiózł ze swojego lasu. Drzewko wystroiły w bombki szklane, anielskie włosy, czub na samej górze drzewka oraz najważniejsze – świeczki woskowe zamocowane na specjalnych uchwytach.
(W wiosce, w której mieszkała rodzina, nie było jeszcze prądu.)
Tata przyniósł „króla” upiętego z prostej słomy żytniej i postawił go w rogu izby. Następnie wniósł naręcze słomy pszenicznej i rozłożył na całej podłodze zostawiając tylko skrawek koło paleniska kuchni. Mama przyniosła ze stodoły dużą garść siana i rozłożyła na stole następnie przykryła stół białym obrusem.

Od rana nic nie można było jeść więc wszyscy czekali na pierwszą gwiazdkę. Wreszcie jest pierwsza gwiazdka! Mama opatuliła Basię w chustę, sama ubrała się bardzo ciepło, tata również, wszyscy nałożyli długie buty. Mama rozdała łyżki i zapowiedziała, że nie wolno ich wypuścić z rąk ani położyć, bo w następnym roku będzie bolał kręgosłup. Zgasili lampę naftową, zamknęli dom i wyruszyli na pośnik do babci. Babcia z ciocią  mieszkały bardzo daleko. Szli przez zasypane pola, wpadając w zaspy śnieżne po pas. Po pół godziny minęli górkę, potem sąsiednią wioskę, no i jeszcze las. Tam już było łatwiej, bo przynajmniej droga nie była zasypana. Basia nie dawała rady iść, więc rodzice na zmianę nieśli ją „na barana”.
Wreszcie dotarli. W dużym pokoju przy ogromnym stole czekała rodzina – ciocie, wujkowie , babcia oraz mnóstwo dzieci. Stół był przykryty białym obrusem, a pod obrusem mnóstwo siana,  nie można było szklanek postawić, bo się przewracały. Wszyscy trzymali łyżki w rękach.  Początek kolacji to modlitwa za szczęśliwy przyszły rok oraz za tych, co odeszli i łamanie się opłatkiem, życzenia, uściski. Następnie ciocia rozpoczęła podawanie potraw. Jak tradycja każe, było ich dwanaście i każdą trzeba było skosztować.
Podano śledzie w occie, barszcz czerwony z uszkami, ziemniaki gotowane w łupinach, kapusta z grzybami, kluski z makiem, polewka, susz. Na zakończenie podane były racuchy. Babcia była prawie niewidoma, więc nie pomagała w obsłudze. Po kolacji dzieci bawiły się na słomie, a dorośli śpiewali kolędy.
Pająk wykonany pod kierownictwem cioci zawieszony u sufitu dodawał uroku temu miejscu.

Zrobiło się bardzo późno, dzieci chciały spać, więc wszyscy rozeszli się do domów – mieszkali bardzo blisko. Tylko Basię i rodziców czekała długa, ciężka przeprawa. Babcia też wyruszyła z nimi. Rodzice musieli dbać o dziewczynkę i niewidomą staruszkę. Na szczęście księżyc świecił, to droga nie była taka straszna. W połowie trasy z krzaków wyszła kotka, która czekała na nich  Razem dotarli do domu około północy.
Rano po śniadaniu rodzice Basi wyruszyli do kościoła oddalonego  o około 10 km a dziewczynka została z babcią. Dom lśnił czystością, choinka błyszczała dumnie. Wnuczka słuchała  bajek opowiadanych przez babcię. Zbliżało się południe więc rodzice niedługo powinni wrócić. Może zrobić im niespodziankę i zapalić świeczki na choince?


Dziewczynka wzięła zapałki z kuchni za zgodą babci zapaliła jedną. I nagle przypomniała sobie, jak mama ją upominała, żeby nigdy nie brała zapałek, bo może być nieszczęście. Stała jak wryta, mimo że babcia nalegała, żeby zapaliła świeczki.
Nie mogła się ruszyć z przerażenia. Co będzie jak nie doniesie ognia, jak iskra spadnie na podłogę ze słomą. Co robić??? Basia trzymała w małych paluszkach palącą się zapałkę, aż ta się wypaliła. Dwa palce zrobiły się czerwone i przeraźliwie piekły. Staruszka nie mogła jej pomóc, bo nic nie widziała ale poradziła, aby dziewczynka znalazła na strychu olej lniany.
Obydwie zrobiły kompres na rączkę.
Gdy rodzice wrócili w domu – była cisza, babcia drzemała na siedząco a Basieńka cichutko chlipała z bólu, leżąc na łóżku. Bała się przyznać, bo przecież mama zawsze ją upominała – zapałki w rękach dziecka to pożar…
 Na szczęście babcia wytłumaczyła całe zdarzenie i wszystko skończyło się dobrze.
Święta jak zawsze były cudowne, magiczne i niezapomniane.


Świąteczne opowiadanie (Matylda Graboś)

Od rana,  jak co roku, wigilijny poranek narzucił na wszystkich domowników przyspieszone tempo. Świątecznej krzątaniny nie można porównać do jakiejkolwiek innej. Jest w niej coś, co na zdrowy rozum trudno pogodzić. Łączy w sobie radosne oczekiwanie, podniosły nastrój oraz zmęczenie i nerwowość.
Po całym domu roznosi się zapach drożdżowych racuchów, smażonego karpia i gotującego się czerwonego barszczu. Czyż to nie kolejny paradoks? Cudowna woń potraw pieści zmysły, pobudza apetyt, a przecież tradycja nakazuje zachować post aż do wieczerzy wigilijnej.
Panujące w domu ciepło, co raz to zakłóca powiew mroźnego powietrza, wpadającego do środka wraz z otwierającymi się drzwiami. Nieustannie okazuje się przecież, że coś się zapomniało kupić i trzeba znowu wyjść do sklepu. A to też nie jest zwykłe wyjście… to prawdziwa wyprawa, której nie każdy może się podjąć. Panujący w sklepie tłok i towarzysząca zakupom irytacja, że najbardziej potrzebne nam produkty zostały już wykupione, a to wiąże się z koniecznością odwiedzenia kolejnego zatłoczonego marketu, jest misją dla osób o szczególnej łagodności i cierpliwości (oraz tych, którzy nie mają kłopotów z klaustrofobią). Całe szczęście, że temu niewdzięcznemu zadaniu towarzyszą radosne, świąteczne piosenki, które rozbrzmiewają w sklepach i rozładowują nerwową atmosferę wśród zakupowiczów.
 Wracając do domowej krzątaniny… pora na obsadzenie choinki! Na bożonarodzeniowe drzewko z niecierpliwością czekają i duzi i mali. Wszyscy zbiegają się do pokoju, gdy po domu rozniesie się zapach świeżości i lasu… Nadeszła najważniejsza chwila – drzewko należy osadzić i odpowiednio ustawić. Nie jest to łatwe gdy sięga sufitu, i jest tak rozłożyste, że z trudem przepycha się je między meblami. Ilu domowników, tyle wizji jak choinka powinna stać.


- Trochę w prawo.
- Bardziej na okno.
- Nie teraz za bardzo zasłania okno. Przesuń ją na ścianę.
- Jeszcze obróć, bo jest ładniejsza z tamtej strony.
I tak, w imię piękna, zapomina się o człowieku, który mocuje się z masywnym drzewem i raz po raz dotkliwie kłuje się igłami, tylko po to, by zadowolić swoją rodzinę. W końcu nasz bohater traci cierpliwość i ustawia choinkę po swojemu.
            Teraz, gdy drzewko już stoi, ku większemu lub mniejszemu zadowoleniu domowników, przychodzi pora na zawieszenie bombek. Do tego zadania zwykle zostaje oddelegowana jedna osoba, po to, by nie wchodzić sobie w drogę z wizją, jak ma ona ostatecznie wyglądać. I zaczynają się „dobre rady”:
- Ja bym powiesiła te złote bombki o gałązkę wyżej. Ale zrobisz jak uważasz…
- Tej bombki wcale tu nie widać, lepiej wyglądałaby bardziej na środku, ale oczywiście się nie wtrącam….
            I tak oto trudno powiedzieć jest, czy szlag bardziej trafia artystyczną wizję, czy może dekoratora… Ostatecznie choinka wygląda przepięknie i wszyscy się nią zachwycają.

            Gorączkowy dzień dobiega końca. Najmłodsi wypatrują na niebie pierwszej gwiazdki i cała rodzina, w odświętnych strojach, powoli zbiera się przy wigilijnym stole. Modlitwa i dźwięk łamanego opłatka przeganiają panującą od rana gonitwę i nerwowość. W domu na dobre zapanowała miłość i radość ze wspólnego spotkania. I nawet to, że ktoś potajemnie poprzewieszał bombki na choince, nie denerwuje, lecz budzi szczery uśmiech. I to właśnie jest magia Świąt! 



C.D.N.

poniedziałek, 17 grudnia 2018

Zaproszenie na Bombkowe

Tak naprawdę wszystko zostało już powiedziane. Zapraszamy siebie samych, bo wiemy, że to ogromna radość i frajda spotkać się, żeby popisać, poczytać, wypić kawę i herbatę w gronie takich jak my, ludzi wrażliwych (coraz bardziej :) ) na słowa, litery, zdania... i wszystko to, co dotyka naszych serc. Zapraszamy innych - żeby podzielić się tym, co nas łączy i co daje nam, tak zwyczajnie - powera ;)
To jest jest nawet chyba kwestia tego, że wypada być.
To bardziej - dla niektórych - być albo nie być ;)

środa, 12 grudnia 2018

Kilka tekstów, ale za to jakich!...


Tej pracy domowej nie wiadomo było, jak ugryźć. Tym bardziej, że gryzienie jako takie nie wchodziło w grę. Trzeba było się nastroić, przemyśleć sposób działania, a potem znienacka - zaatakować i - pozwolić się ponieść... i napisać... 

To tylko maleńka próbka naszych możliwości w tym temacie.
Na rozbudzenie apetytu. Bo przecież - dania głównego wciąż jeszcze nie podano... :)




Moda na wampiry    (Te-Tra)

Ludzkość od pokoleń Drakuli się bała.
Przeciw krwiopijcy czosnek stosowała.
Meyer z tych wierzeń zakpiła,
Edwarda Cullena stworzyła,
za którym szaleje większość kobiet, bez mała.


Współczesna kobieta wamp
Przedstawicielka nadobnej płci
dorwała samca pewnego, i…
Toż to istna rozpusta!
Wpiła mu się w usta,
szepcząc żarłocznie: „łaknę krwi!”



Wampiry są wśród nas      (Barbara Cywińska)

Cykl "Zmierzch" Stephenie Meyer, traktujący o wampirach, przeczytałam jednym tchem, mimo że zazwyczaj nie pociąga mnie tego typu literatura. Jednak wartka akcja, ciekawie zbudowana fabuła, intrygujące postacie nie pozwoliły mi oderwać się od lektury. Pewnie czytałabym dalej gdyby nie koniec tomu piątego i jednocześnie koniec sagi. Mimo tego chwilowego, literackiego zauroczenia, wampiry jako stworzenia demoniczne, które żywią się ludzką krwią,  to nie moja bajka. Zdecydowanie nie moja! Ciekawe zaś jest to, że wampiry mogą być też  emocjonalne i energetyczne. Te wprawdzie gardzą ludzką krwią za to wysysają energię i zatruwają emocje. Coraz częściej pojawiają się w literaturze psychologicznej a ta z kolei bardzo mnie pociąga. Nietrudno się domyślić, że skoro owe stworzenia są  przedmiotem zainteresowania psychologów to oznacza, że  można się na nie natknąć na ulicy, w tramwaju, w pracy, urzędzie itp. Niektórzy z nas (o zgrozo!) "hodują" energetyczne wampiry nawet we własnych domach. Bynajmniej nie po to żeby zaoszczędzić na rachunkach za energię.



Dzwonek telefonu przerywa rozmyślania... Odbieram połączenie. Wydaje mi się, że jak ktoś telefonuje to widocznie ma ku temu ważny powód i potrzebuje ze mną porozmawiać. W takiej naiwności trwam od lat. A Kaśka jak to Kaśka, nie zwykła bawić się w kurtuazję. Z rozpędu  rzuca do słuchawki ni to pytanie, ni stwierdzenie - "Nie odzywasz się ! Co u Ciebie?". Każdy kto Kaśkę zna choć trochę nawet nie próbuje odpowiadać. A kto jeszcze nie poznał, no cóż, niebawem się przekona, że jego wysiłki  z góry są skazane na niepowodzenie. Kaśka nie telefonuje po to żeby usłyszeć odpowiedź wszak słuchanie w jej mniemaniu jest nadzwyczaj nudne. To ona potrzebuje słuchacza. Ot co! Słucham cierpliwie kaśkowego trajkotania. Rodzice, jak mniemam, nieświadomi istnienia  "kaśkopodobnych" stworzeń, nauczyli mnie prostych zasad.  Wielokrotnie, między innymi, powtarzali: gdy ktoś mówi, nie przerywaj, bo to bardzo niegrzeczne, poczekaj aż skończy myśl, wtedy dopiero ty wyrażaj swoje zdanie. Toteż nie przerywam bo rodzice włożyli sporo wysiłku w moje wychowanie. Kaśka zaś to w gruncie rzeczy dobra dziewczyna, której rodzice najwidoczniej kierowali się zupełnie odmiennymi zasadami niż moi i takież wpoili córce.  Po godzinie monologu jestem bogatsza w wiedzę o pasjonującym życiu Kaśki N. Wiem co w ciągu ostatnich dni Kaśka jadła na śniadanie, obiad i kolację,  gdzie i co Kaśkę boli, strzyka i uwiera.  Znam niedoskonałości operatorów sieci internetowej oraz skłonności jej osobistego laptopa do zżerania plików, których absolutnie żreć nie powinien. Wiem też, że z rodziną to tylko na zdjęciu można się pokazać bo to sami egoiści, którzy myślą tylko o sobie a ona Kaśka przecież martwi się o wszystkich, wszystkim pomaga i poświęca się dla nich. Rzecz dziwna ale nie bardzo wiem co mam zrobić z tą wiedzą, która z każdą minutą uwiera mnie coraz bardziej  w sam czubek języka. Próbuję cholerstwo strącić, pozbyć się tego, splunąć nawet. Nic z tego. Daremny wysiłek. - Wtrącam więc nieśmiało, że przecież rodzina to dorośli ludzie, niech sami sobie radzą ze swoimi sprawami. A Ty Kasiu zajmij się swoim życiem - dodaję z czystej życzliwości.
- A ty wiesz, że ta małpa zza rogu ciągle pali ognisko pod moim balkonem? - informuje mnie oburzona Kaśka.
- Za cicho mówię. Nie usłyszała mnie. Może słuch jej się pogorszył - analizuję w duchu i zaczynam się martwić o stan zdrowia Kaśki.
A Kaśka, niczym jasnowidz jakiś rasowy,  szóstym zmysłem odczytuje moje niepokoje. Niemal na wdechu, z prędkością karabinu maszynowego, wyrzuca z siebie lawinę informacji najróżniejszych. Byle tylko nie dopuścić mnie do głosu bo a nóż zechcę wygłaszać życiowe mądrości i światłe rady, których Kaśka nie ma zamiaru słuchać. Bo gdyby usłyszała, musiałaby się nad nimi zastanowić i co nie daj Boże - przyznać mi rację. A wtedy, no cóż, byłaby zmuszona zakasać rękawy swojej nowej bluzki i pozmieniać w swoim życiu to i owo. I cała konstrukcja misternie budowana latami zawaliłaby się z wielkim hukiem. Żeby przeciwdziałać podobnej katastrofie Kaśka całymi latami ćwiczy niełatwą sztukę zamiany trudnych tematów na te dla niej bezpieczne i wygodne. Doszła w tym do perfekcji. Jestem jednym z jej królików doświadczalnych - rażona tą myślą drę się do słuchawki - Kaśka jesteś mistrzynią!  Po drugiej stronie słowa zawisły gdzieś w przestrzeni! Niemal widzę głupią minę zaskoczonej Kaśki. Ja też jestem mistrzynią, mówię do siebie w myślach... i naciskam czerwoną słuchawkę, kończąc połączenie. Zrobiłam to! Naprawdę to zrobiłam. Rozłączyłam się zanim Kaśka zdominowała mój dzień i moje plany. Tylko dlaczego serce wali mi jak szalone, pot spływa za uszami a wyrzuty sumienia próbują się przedostać do mojej świadomości. Wątpliwości pojawiają się natychmiast jakby tylko czekały na chwilę mojej słabości. Może jednak nieładnie się zachowałam, może byłam niegrzeczna. No bo czy można, czy to wypada ot tak przerwać połączenie i zostawić rozmówcę z otwartą buzią? Rozdarta wewnętrznie wracam do rozgrzanego do czerwoności żelazka, sterty prasowania i moich własnych myśli...
Niestety, drodzy moi, ale czy nam się to podoba czy nie - wampiry są wśród nas!  Przyczajone czekają na chwilę nieuwagi, nieroztropne uchylenie drzwi do naszego życia, z dobrego serca i w dobrej wierze uczynione by niepostrzeżenie wyssać z nas całą energię, zatruć nasze emocje, wsączyć poczucie winy, zabrać czas!




Wampirowo   (Weronika Szewczyk)

Zgodnie z obietnicą zaraz po pracy Julka pojechała po babcię. Ciągle jeszcze ożywiona po drugiej wypitej tego dnia kawie wbiegła po schodkach prowadzących do domu rodziców. Na dźwięk dzwonka do drzwi rozszczekał się pies wewnątrz, a chwilę później rozległ się głos Babci Marceli uciszający ujadającego szczeniaka. Starsza pani wyszła na zewnątrz krzycząc jeszcze przez ramię do męża, żeby pilnować Lilci podczas jej nieobecności. Takie bowiem imię musiał otrzymać piesek. Swoją drogą najnowsza miłość babci, a utrapienie dziadka.
- Dzień dobry Juleczko – Marcelina uśmiechnęła się do wnuczki całując ją w locie w policzek
i dziarskim krokiem ruszyła w stronę samochodu.
- O co tak naprawdę chodzi babciu? – odezwała się dziewczyna odpalając silnik.
- Nie rozumiem – kobieta uparcie patrzyła przez siebie.
- Oj rozumiesz – pokręciła Julka głową – dlaczego tak nagle wzięło Cię na odwiedzanie starych kątów. Przecież sama mówiłaś, że nie byłaś tak dwadzieścia lat.
- Trzydzieści – odruchowo poprawiła wnuczkę Marcelina – Dlatego czas w końcu się tam wybrać. W końcu tam się wychowałam.
- Ty i Ciotka Amelia – drążyła Julia.
- Tak, tak – mruknęła kobieta, nadal nie darząc dziewczyny spojrzeniem.
- Babciu! – zirytowała się dziewczyna patrząc wyczekująco.
- Coś tam zostawiłam – padła odpowiedź.
- Uważasz, że po tylu latach to COŚ znajdziesz? – zapytała zdziwiona Julka. Babcia ostatnio zachowywała się naprawdę dziwnie. Odkąd w rozmowach zaczęła się pojawiać postać Ciotki Amelii Marcelina zdecydowanie straciła chęci do rozmów, unikając tematu jak ognia. Oby nie postanowiła stać się na tyle oryginalna jak swoja siostra.  Reszta drogi do Konwalina  upłynęła im przy dźwiękach radia. Julka stwierdziwszy, że jak na razie nic z babci nie wyciągnie dała spokój wszelkim rozmowom.
Kiedy stanęły przed domem starsza pani przez chwilę się zawahała, ale szybko zebrała się w sobie i odważnie wysiadła z samochodu stając oko w oko ze swoim domem rodzinnym.
- Idziesz wnusiu? – Marcelina starała się aby jej głos brzmiał normalnie i ciepło, ale wyczuwalne było napięcie. Czymże ona się tak denerwowała, przecież jej siostry już tu nie było.
Kiedy Julka otwierała drzwi, babcia delikatnie muskała dłonią to balustradę przy schodkach, to rozpadającą się ławkę przed domem. Zaraz później jednak wyprostowana weszła do domu ściskając w ręku torebkę i nie oglądając się na wnuczkę. Marcelina skierowała się od razu w głąb budynku. Do tych pomieszczeń, do których jak sobie to właśnie Julka uświadomiła nigdy jeszcze nie zaglądała. Babcia minęła przejście do kuchni, drzwi prowadzące -z tego co pamiętała dziewczyna- do łazienki, zawahała się przy biblioteczce i pewnym krokiem zatrzymała się przy ostatnich drzwiach po prawej stronie.
- Co tu jest? – zainteresowała się Julia. Coś się musiało tam kryć, skoro babcia od razu przyszła w to właśnie miejsce.
- Zaraz się okaże – uśmiechnęła się blado kobieta pokazując oblicze tak znane Julce. Ciepłej i spokojnej starszej pani. Pomieszczenie okazało się czymś na wzór składziku. Na stojakach i obok nich jawiła się masa zwiniętych płócien. Dziewczyna odruchowo chciała złapać jeden z nich i rozwinąć, aby przekonać się co to może być. Marcelina jednak powstrzymała ją ruchem ręki i spojrzała karcąco.
- To trzeba delikatnie – powiedziała staruszka bardziej do siebie niż do wnuczki. Rozejrzała się i wzięła jedno płótno z drugiego końca pomieszczenia. Obchodziła się z nim jak z jajkiem, kiedy jednak zobaczyła pierwsze kształty namalowane na nim oddała je w ręce nieco oszołomionej Julki kręcąc z dezaprobatą głową. Była to namalowana łąka. Bardzo ładna, ale bez elementów szczególnych. Skąd u licha się to tu wzięło? Takich malunków było tu dziesiątki, jeśli nie setki. Babcia rozwijała jeden po drugim i za każdym razem odkładała na podłogę tworząc  nich  zgrabny stosik. Wyglądało na to, że szukała czegoś konkretnego.
- Kto to namalował? – Julia zapytała przeszywając swoim głosem ciążącą ciszę.
- Spójrz na podpis – odparła nieco zirytowanym głosem Marcelina, jakby była to najoczywistsza rzecz na świecie. Zanim jednak dziewczyna zdążyła to zrobić, babcia zaciekawiła się jednym z obrazów. Objawiało się to tym, że po prostu rozłożyła go do końca i nie rzuciła od razu na podłogę. Julka spojrzała kobiecie przez ramię. Ujrzała obejmującą się parę. Długowłosą blondynkę o zielonych oczach i dużo wyższego od niej bruneta. Oboje w ślubnych strojach, w tym momencie zauważyła artystyczny szlaczek w dolnym rogu płótna i połączyła fakty. Taki podpis miała tylko jedna znana jej osoba.
- To ty i dziadek? – upewniła się Julia – On to wszystko namalował?
Babcia tylko pokiwała głową.
- Ale po co wam był obraz ślubny? Przecież macie zdjęcia – zdziwiła się dziewczyna.
- To nie to samo – westchnęła Marcelina – dzięki Bogu, że to tu nadal było – spojrzała na wnuczkę – możesz to oddać do oprawienia w ramę? – zapytała proszącym tonem.
- Mhm – przytaknęła – mogę nawet  to zrobić jeszcze w tym tygodniu.
- Dziękuję – odparła żwawo kobieta – to teraz to potrzymaj – włożyła jej obraz w ręce, a sama zaczęła przeglądać kolejne dzieła swojego męża. Julka nie przypominała sobie, żeby dziadkowie ani ktokolwiek z rodziny wspominał o tych obrazach, ani o tym, że dziadek Stefan kiedykolwiek malował. On sam nigdy nie zajęknął się nawet na ten temat. Jeśli nie wyciągnie nic z babci, to wypyta jego. Tych tajemnic cały czas  tylko przybywało. Ta wydawała się najłatwiejsza do wyjaśnienia.
- Babciu? – zniecierpliwiła się po kilkunastu minutach – czego ty jeszcze szukasz?
- Musiała to gdzieś schować – mruknęła staruszka pod nosem.
- Ale co? – nie rozumiała dziewczyna.
Marcelina wyprostowała się i okręciła wokół siebie lustrując pomieszczenie. Nagle prawie biegiem podeszła do kufra pełnego jakichś papierzysk, na które wcześniej żadna z nich nie zwróciła uwagi i przykucnęła obok wsuwając dłoń między mebel a ścianę. Wyciągnęła kolejny obraz, nieco bardziej zakurzony od reszty i nieco drżącymi rękami spojrzała na zamalowaną stronę. Natychmiast rzuciła nim o podłogę z wściekłością stając na równe nogi.
- Wyrzuć to – nakazała Julii drżącym ze zdenerwowania głosem – idę się przewietrzyć.
Dziewczynie nie przychodziło do głowy nic co mogłoby tak wyprowadzić z równowagi babcię. Podniosła malunek i ze zdziwieniem stwierdziła, że również jest to obraz przedstawiający parę. W nieco bardziej mrocznej scenerii. Chłopak przebrany za wampira i dziewczyna w królewskiej sukni. W nim rozpoznała dziadka, ale obok niego stała brunetka z ciemnymi oczami. Czyżby…? Niemożliwe.
Julka spojrzała na tył płótna. Widniał tak wykonany eleganckim pismem dopisek:
„Dla Amelii od  Stefana, kochającego jak Dracula swą Anastazję”


Wampiry a ludzie   (Danuta Hanaj)

Marzena wróciła zmęczona z pracy.
- Och. Wreszcie piątkowe popołudnie – pomyślała – wreszcie sobie odpocznę.
Mąż właśnie wczoraj wyjechał na trzy tygodnie do sanatorium a dzieci już są wszystkie poza domem, w świecie.
Odgrzała wczorajszy obiad, potem zaparzyła popołudniową kawę z kardamonem, usiadła w fotelu, otuliła się ciepłym kocem i zasnęła.

Sobota rano. Jakoś pusto w domu, sprzątanie się nie klei, więc postanowiła wyjść do miasta.
Dzisiaj dodatkowo święto kościelne jak i festyn rodzinny. Pewnie będzie dużo ludzi.
Ubrała swoją najładniejszą sukienkę, nałożyła ulubioną biżuterię i czerwone buty.
Jeszcze zabrała torebkę i wyszła z domu.

Ledwie weszła na chodnik usłyszała za sobą wołanie.
- Cześć Marzenko, dokąd idziesz?
- O cześć Zosia, miło cię widzieć, co słychać?- zapytała Marzena.
- A wiesz u mnie różnie - zaczęła Zosia - byłam w wakacje na wycieczce, wiesz było super.
Zwiedzaliśmy różne miejsca a i towarzystwo fajne. Teraz jadę do córki do Gdyni.
W pracy  jestem bardzo doceniana przez szefa, zajmuję najlepsze funkcje a reszta niech tyra.
Dzieci też jak najlepiej. Adaś był w Anglii a teraz wrócił i pracuje w bardzo dobrej firmie. Wiesz, ile zarabia!! Marysia bardzo dobrze się uczy chyba najlepiej z całej klasy a Tosia też najlepsza w klasie, chodzi również na jazdę konną. Jeździ na najwyższym koniu!
Marzena już się pogubiła w słuchaniu. Stała jeszcze pół godziny słuchając monologu koleżanki.
-Przepraszam Zosiu, już muszę iść. Chciałam zobaczyć, co w mieście ciekawego – z trudem wcisnęła się w potok słów.
- Oj, szkoda ale następnym razem opowiem ci o mężu - wykrzyknęła Zosia do odchodzącej Marzeny.
Kobieta przeszła parę kroków dalej i natknęła się na starego znajomego z lat szkolnych- Marka.
-Cześć Marzena, dobrze, że Cię spotykam. Coś ci powiem. Mam taką paczkę ludzi i jest super. Co tydzień imprezki do białego rana. Dołącz się do nas! Ja Cię poprowadzę. Bo ja wszystko analizuję i zawsze mam rację. Zobaczysz, jak jest fajnie. Co tam się przejmować trzeba się bawić. Trzymaj się mnie, nie zginiesz…..
Stali tak około godziny a Marek cały czas przedstawiał słuszność swoich idei.
Marzena przestępowała z nogi na nogę, buty zaczęły cisnąć.
Nie chciała być niegrzeczna, więc czekała na odpowiedni moment, żeby powiedzieć „Cześć muszę iść” ale udało się.
Kobieta poszła w stronę kawiarenki z lodami. Może kupi lody, zje. Taki miała zamiar, ale spotkała Elżbietę, koleżankę z poprzedniej pracy.
- Cześć Elu - odezwała się Marzena
- O cześć, Marzenka, co u Ciebie słychać?
- Dobrze - odpowiedziała.
-Dobrze? A co robią Twoje dzieci? Słyszałam, że Leszek nie bardzo, czy tak? A co robi jego żona? Słyszałam, że gospodyni z niej nie bardzo. A co u Ciebie w pracy, słyszałam, że też nie zawsze dobrze? Żałujesz chyba, że odeszłaś od nas. A jak tam mąż, nie boisz się go puszczać samego do sanatorium. Wiesz, co tam się dzieje? A nie wiesz, co u naszej znajomej Marty? Słyszałam, że masz z nią kontakt. Ona prawdopodobnie się rozwodzi, tak?
-Nie wiem Elu, a co u ciebie - wtrąciła Marzena
-U mnie dobrze. Ale nie odpowiedziałaś mi na pytanie!
- Oj, muszę już iść, Elu.
-No szkoda, ale spotkamy się niebawem, pogadamy co? Nalegała Elżbieta.
,, No nie wiem” pomyślała Marzena i ruszyła dalej  rezygnując z lodów choć tak miała ochotę.
No nareszcie, może coś pooglądam, może koncert. Czytała, że gra fajny zespół.
Przeszła kawałek, spojrzała w bok a na ławce siedziała Patrycja, młoda dziewczyna znajoma z jakiegoś kursu i zajadała chipsy.
- Hej Marzena siadaj pogadamy, no chodź- zawołała Partycja.
Marzena niechętnie ale usiadła na ławce.
-Co ciebie, bardzo ładnie wyglądasz- zagadnęła Marzena.
-U mnie super, jak widzisz!
 Ale ty patrz, jakaś baba idzie jak pokraka, jak ona wygląda, jakie ma beznadziejne buty, a włosy jakieś rudawe bez wyrazu. Jak można się tak ludziom pokazać?!
A tamta zobacz jaki beznadziejny makijaż, patrz na nią - wredota. O spójrz, a ten facet z psem. Nawet nie umie trzymać smyczy, po co mu pies?
A słyszałaś, że ta Magda, ta blondyna, rozwodzi się. Jaka głupia. Co prawda to jej Henio to popija i czasem ją potarmosi po pijaku, ale to żaden powód. Gdzie taka pokraka lepszego znajdzie. Będzie siedzieć sama. O patrz a ta para - jak oni się zachowują….
-Muszę iść – Marzena wstała z ławki
-Szkoda, no ale idź, bo chłop cię skrzyczy- rzuciła od niechcenia Patrycja.

Marzena zrobiła parę kroków. Patrzy, a to mama przyjaciółki.
Nie wypada się nie zatrzymać.
-Dzień dobry Pani Aniu.
-Może i dobry - odparła starsza kobieta.
-Co słychać u Pani - zapytała Marzena
-Nic ciekawego, nie wiesz? Ciężko się żyje w tej Polsce, niska emerytura, tu nic się nie dzieje, nie ma co robić. Te moje dzieci są jakieś nie bardzo, nie mają czasu dla mnie. Wiesz pojechały na wczasy tracą pieniądze zamiast siedzieć ze mną. A ten mój stary to taki maruda, że nie ma do kogo gęby otworzyć. Wyszłam trochę na dwór i widzisz jakie głupoty pokazują i wydają niepotrzebnie pieniądze.
-Ale fajna impreza, czytałam program, będzie kabaret, koncert sławnego zespołu a i nasze dzieci mogą się pokazać - wtrąciła Marzena
-E tam fajna głupota i już - odpowiedziała Pani Ania.
-Pani dobrze się trzyma, może gdzieś dorobić może jako opiekunka.
-Co Ty nic się nie da, tu nic nie można
-Ja słyszałam o dodatkowej pracy, może dam kontakt - próbowała kontynuować Marzena
-Co Ty to niemożliwe, kiedy mam pracować? Muszę staremu jeść ugotować – ofuknęła Pani Ania
-Oj to trudno. Muszę już iść, do widzenia.
Marzena ruszyła powoli w stronę centrum.
„Ojej, wyszłam, aby odpocząć a już jestem bardzo zmęczona” pomyślała.
„O, idą Halina i Renata może pójdziemy na kawę”.
-Cześć dziewczyny.
-Cześć Marzena - odpowiedziały razem kobiety.
-Fajnie Was widzieć, może pójdziemy razem na kawę? - zapytała Marzena
-Coś ty, my już za stare, aby włóczyć się po kawiarniach, a zresztą co ludzie powiedzą, a zresztą to kosztuje, szkoda kasy -odpowiedziała jedna z kobiet.
- A ty co taka wystrojona, w naszym wieku to już nie wypada. Myślisz, że zabłyśniesz, że coś osiągniesz, że spełnią Ci się marzenia o których kiedyś mówiłaś. Próbuj, ale na pewno się nie uda. Kto się pod jaką gwiazdą urodził tak musi zostać. Może jakby gdzieś wyjechać, ale to już za późno - koleżanki jedna przez drugą przemawiały do Marzeny.
-Przypomniałam sobie coś ważnego, muszę szybko wracać do domu, cześć dziewczyny - krzyknęła nasza bohaterka i szybko pobiegła przed siebie.
,,Nie!! Wracam do domu. Już nigdzie nie idę, jestem strasznie zmęczona. ”

„Kiedy mój kochany mąż wróci. Muszę zadzwonić do dzieci.
A może i ja czasem tak się zachowuję. Nie chcę być wampirem energetycznym co za dużo mówi lub nie słucha albo wypytuje, ocenia, narzeka podcina skrzydła. Muszę w ciszy to przemyśleć”.



Polowanie na wampiry  (Jadwiga Grzesiak)


Zajrzałam do pensjonatu, a tu znowu jakieś zebranie, szeptanie, narada, wycofałam się. Dopiero przy obiedzie panie uchyliły rąbka tajemnicy .
Ona powie, ona - domagała się uwagi Suzette.
- Ona to tak opowie, że nikt nic nie zrozumie - powiedziała z przekąsem Lodzia.
- Lodzia zapomniała - odgryzła się Suzette.
Bo chodzi o to - odezwała się Zofia, że Zuza i Jan zobaczyli człowieka tajemniczego. Pojechali rowerami za zagajnik i tam po drugiej stronie dolinki jest chatka.
- Wyszedł z niej jakiś oberwaniec - uzupełniła Lodzia. - Jan mówił, że miał długą brodę, wojskowy strój i coś jakby strzelbę w ręce. Na pewno to kłusownik, narkoman, a może nawet bandyta - wykrzykiwały zaaferowane kobiety.
- Ajaj , narkomany to zabójstwo ludzkości - martwiła się Zofia, która, kiedy mieszkała sama, dużo oglądała telewizji.
- Skąd pomysł, że to narkoman? – zapytałam.
- Wczoraj ona pojechała znowu i Jan przez lorgnon, tak wiem przez lornetkę, zobaczył, że ten tajemniczy wyjął z pudełka strzykawkę i robił sobie zastrzyk - zdradziła sekret Suzette.
- Żeby to chłop nie napił się jak człowiek, nawet i bimbru, tylko wyszukiwał jakieś strzykawki, zgroza – oburzyła się Zofia. Wszystkie zgodnie stwierdziły, że naniesie do Rajska jakiejś zarazy.
- A może to wampir ? - zastanawiała się Lodzia. Hanusia mówiła, że niektórzy starsi panowie wstrzykują sobie osocze, ażeby się odmłodzić, osocze to krew - więc chyba to wampir.
Ale wampiry grasują nocą, a tego widzieliśmy w dzień - zadumały się kobiety.
- A może to taki nowoczesny wampir ? Trzeba go obserwować .
Właśnie zadzwonił telefon . Była to nasza księgowa, której trzeba było wyjaśnić przeznaczenie materiałów znajdujących się na wystawionych fakturach. Gdy kobiety upewniły się, że wyszłam, wróciły do swojego spisku.
Logistykę operacji obserwowania intruza opracowała Basia.
- Zrobimy tak: – mówiła - Jan pojedzie rowerem sam i sprawdzi, czy ptaszek jest w klatce.
- Ptaszek? - dziwiła się Zofia.
- Taki będzie kryptonim naszej akcji - wytłumaczyła wszystkim Basia. - Do działań powołuję Suzette i Lodzię.  My obie z Zofią zostaniemy na miejscu, będziemy osłaniać tyły. Musicie się maskować, więc załóżcie kapelusze od słońca i ciemne okulary.
- Lodzia, ty weź swój chodzik, przyda się, można na nim usiąść i odpocząć. Cel akcji: dowiedzieć się jak najwięcej szczegółów o intruzie, a może nawet go zdemaskować.
Ostatnie dwa zdania Basia napisała na kartce, żeby nie tracić czasu na mówienie, które u niej trochę trwało.
- Ten tajemniczy to ptaszek? - dopytywała się Zofia.
Najpierw wymknęła się Suzette; niosąc pod pachą złożony chodzik. Lodzia śmiało zrobiła kilkadziesiąt kroków samodzielnie i dołączyła do niej za stodołą. Dalej skradały się razem.
Do tajemniczej chatki nie było daleko, jeżeli poszło się na skróty, skręcając przed zagajnikiem.
Lodzia dorównywała kroku Suzette, tylko lekko przytrzymując się chodzika, na wypadek, gdyby jej się zakręciło w głowie. Ominęły zagajnik, były już niedaleko celu, ale pojawiła się przeszkoda: wysoka porośnięta ziołami miedza.
- Ty sobie, Lodziu, tu posiedź, bo nie dasz rady wejść na tę miedzę, ona pójdzie dalej - powiedziała Zuza.
- Zostaw mi lornetkę i telefon, bo jak cię będzie mordował, to dam znać gdzie trzeba.
Strażnica była bezpieczna za wysoką miedzą, strażniczka rozsiadła się wygodnie i odurzona zapachem dzikiej mięty i kwitnącego wokół wrotyczu - zasnęła. Dobrze, że miała na głowie kapelusz, bo słońce świeciło ostro.
W międzyczasie ptaszek wyfrunął z klatki i trzeba było wracać do domu. Tropiciele zawiesili akcję i odłożyli ją na bardziej sposobny czas. Nad całą operacją czuwał Jan, który telefonicznie zdawał mi relację z jej przebiegu.
Podjechałam samochodem pod zagajnik od strony asfaltowej drogi i przywiozłam do pensjonatu utrudzone uczestniczki akcji.
Kilka razy Lodzia przychodziła do mojej pracowni, aby opowiedzieć mi o tym, jak była na czatach i jaką wzięła na siebie odpowiedzialność. Zauważyłam, że myśli ma zborne, mówi pełnymi zdaniami, nie zapomina się. Terapeutyczna siła emocji – pomyślałam.

Czuje się ważna, wzbudza zainteresowanie. Żyje.

Biała, niezapisana kartka.

Każdy z nas inaczej sobie poradził z tym zadaniem. "Biała, niezapisana kartka" jako nasza praca domowa jest szczególnym tematem. N...