środa, 17 kwietnia 2019

... i ławeczka

Tytuł trochę nieskończony. A właściwie - jakby nie zaczęty :)
Wszystko za sprawą naszej Pani Profesor Moniki A Oleksa, która wymyśliła super trudną pracę domową. Zajęcia były wspaniałe. Dużo twórczego wysiłku, rozmowy, dzielenie się swoją radością - każdy z każdym... no, u nas tak po prostu jest.
Ale pod koniec zajęć mieliśmy wylosować sobie po jednym bileciku, na którym było jedno słowo. Pycha, pokora, duma, odwaga, obojętność, przyjaźń... to nie wszystkie. Ale wiadomo już, o co chodzi. Zadaniem naszym było "usadzić" tą cechę (emocję? uczucie? postawę? wartość? - niepotrzebne skreślić) na ławeczce. Gdzie kto miał życzenie: w parku, na osiedlu, pod wodą, w sadzie... Sporo się działo. Efekty niektórych zmagań - poniżej.





TeTra
Ważna rozmowa
(scenka w jednej odsłonie)

(Park, miejsce oddalone od głównej alejki. Mężczyzna siedzi na ławce, sprawia wrażenie, jakby rozmawiał sam ze sobą)

Człowiek:
Wybaczysz mi?
Wybaczenie:
Co za pytanie, oczywiście!
Człowiek:
Nie spytasz mnie, co zrobiłem?
Wybaczenie:
Nie muszę. Gdybyś był niewinny, nie prosiłbyś mnie
o odpuszczenie winy.
Człowiek:
Przecież nie powiedziałem, czego się dopuściłem.
Wybaczenie:
Nie musiałeś, zdradziło cię kainowe znamię.
Człowiek:
Ty je widzisz?
Wybaczenie:
Tak, mam ten dar. To Bóg dał mi tę moc. Stworzył mnie po to, bym wybaczał i nauczył wybaczać tych, którzy tego nie potrafią lub nie chcą.
Człowiek:
Jestem zły, nie zasługuję na wybaczenie.
Wybaczenie:
Możesz to zmienić. Wybaczenie ma oczyszczającą moc. Czy nie poczułeś się lepiej, gdy darowałem ci winę? Tylko ten, kto umie wybaczać, może cieszyć się życiem i doświadczać prawdziwego wewnętrznego spokoju.


Człowiek:
Tak, oddycham spokojniej. Ale skąd pewność, że nie wrócę na złą drogę?
Wybaczenie:
Nie twierdzę, że nie wrócisz, ale teraz masz wybór. Poznałeś smak nieprawości, ale i lekkość duszy, ciężar wyrzutów sumienia i światło łaski. Dałem ci szansę na lepsze życie.
Człowiek:
Boję się, że zło znowu zatriumfuje, że mu ulegnę, przecież jestem taki słaby i grzeszny.
Wybaczenie:
Pewnie nie raz się tak zdarzy, ale na poprawę nigdy nie jest za późno! Wybaczę ci za każdym razem, kiedy tylko okażesz skruchę.
Człowiek:
Nie wiem, czy jestem na to gotowy.
Wybaczenie:
Dlaczego prosisz mnie o wybaczenie, nic od siebie nie wymagając? Trzeba przebaczać innym, ale przede wszystkim należy przebaczyć sobie, aby uwolnić się od poczucia winy za popełnione błędy i za braki, które w nas drzemią.
Człowiek:
Mam wrażenie, że wybaczenie jest aktem litości, a ja jej nie chcę.
Wybaczenie:
Przede wszystkim jest wyzwoleniem i nigdy nie jest łatwe ani dla jednej, ani drugiej strony. W obu przypadkach wymaga odwagi. Przemyśl to. Kto nie jest w stanie wybaczyć, nie jest zdolny do miłości.
Człowiek:
Dlaczego łączysz miłość z wybaczeniem?
Wybaczenie:
Bo stanowią nierozłączną parę. Kiedyś to zrozumiesz, wierzę
w to całym sercem.





Danuta Hanaj
Samotność i ławeczka

Nasza ziemia, nasze miejsce, nasz świat cudowny, piękny, zachwycający i ciągle nieodgadniony.
Tak chciałoby się zobaczyć cały, calusieńki: góry, oceany, zwierzęta, zabytki, poznać ludzi.
Dla mnie największą zagadką są ludzie, szczególnie ich zachowania. Gnają do doskonałości
zatracając i łamiąc jednocześnie podstawowe normy.
Często zastanawiam się nad stanem samotności.
Znam starszą kobietę, mieszkającą na skraju lasu w małej chatynce daleko od sąsiadów i osady.
Mieszka sama. Mąż zmarł dawno temu, dzieci wyjechały do miasta i za granicę. Pani Kazia nie ma telewizora, tylko słucha radia. Najczęściej słucha transmisji mszy świętej  Poza tym hoduje kurki, kaczki, gęsi. Uprawia cebulę, marchewkę i inne warzywa oraz zioła. Jej stałymi towarzyszami są stara kotka Miłka i biały kundelek w brązowe łatki, który zowie się Ciapek. Pani Kazia jest zawsze uśmiechnięta i radosna. Raz w tygodniu idzie do miasta po zakupy. Po drodze wstąpi do koleżanki we wsi, a innym razem odwiedzą ją znajome. Dzieci i wnuki przyjeżdżają na niektóre weekendy i na święta. Bardzo mi jest jej żal, bo wydaje mi się że cierpi na samotność ale czy na pewno.? To jej wybór, dlatego jest szczęśliwa.

Spotkałam w mieście cudowną grupę ludzi spotykających się raz w tygodniu. Opowiadali, że nie mogli doczekać się środy. Wspólnie wymyślali fantastyczne zajęcia: tańce, wyjazdy, robótki
Czasem urządzali sobie przyjęcia w wynajętym lokalu.
Jak w każdej grupie, znajdzie się ktoś, kto nie bacząc na korzyści, podejmuje działania podyktowane czystymi intencjami wkładając całe serce, aby zjednać wszystkich, wyciągać najsłabszych, więc nie zauważy, że z boku ktoś knuje podstęp, aby w cwaniacki sposób ze wspólnych osiągnięć zbudować dla siebie pozycję a następnie wyeliminować naiwniaka. Widziałam, jak dwie trzecie grupy odwróciło się od Pani Helenki plecami, aby wielbić przywódcę. Jedna trzecia, aby się nie narazić, odeszła z grupy i nie wróciła.
Pani Helenka została sama; nikt nie zadzwonił, nikt nie zaproponował spotkania, natomiast ataki i szykany były i owszem.
Z czasem próbowała się podnieść, ale guru zadbał, aby nie miała udziału w żadnym przedsięwzięciu. Nikt nie zastanowił się nad tym, kim od jest, jaki ma charakter, ważne, że ma wpływy. Zniknęły nawet 30 letnie przyjaźnie i znajomości.
Zastanawiam się, dlaczego historia piętnuje złych przywódców. Może wystarczyłoby powiedzieć jak teraz się mówi ,,tak to jest i tak musi być”.
Ludzie niszczą się wzajemnie, nie używając broni tylko perswazji.

W polityce jest prawdopodobnie podobnie, tylko my politykom za to płacimy.
Zastanawiam się, kto bardziej cierpiał na samotność, Pani Kazia czy Pani Helenka.
Praca obecnie to bezwzględne posłuszeństwo. Jeśli ktoś się odważy wypowiedzieć swoje zdanie, zaczyna się jego horror. I znowu wśród dziesiątków pracowników odważniak zostaje sam, bo jedni donoszą, aby szef mógł szybciej pozbyć się niewygodnego pracownika, a inni nie chcą się narażać.

 Czasy nasze kochane. Technologia rozwija się jak burza, przeskakując kilka wieków na raz a ludzie nie nadążają.
Znam rodzinę i to model pewnie dublowany. Zwykła rodzinę bez alkoholu i hazardu.
Matka pracuje ciężko, dba aby nikomu  nic nie brakowało. W domu są komputery, laptopy smartfony. Warunki doskonałe, czysto wygodnie. Pani Zosia wraca z pracy zmęczona ale radosna, bo wie, że w domu jest mąż, synowie i córka z wnukami.
Przekracza próg domu a tu cisza. Czyżby nikogo nie było w domu?
Zagląda do pokoju: jeden syn gra w grę na komputerze, a drugi przesuwa palec po ekranie smartfona. Żaden jej nie zauważył i żaden się nie odezwał.
W salonie na kanapie leży mąż z pilotem w ręku, co chwilę przełączając kanały.
 Wnuki: jeden śpi, a drugi bawi się w kąciku, córka siedzi w fotelu wpatrzona w ekran smartfona.
Nikt nawet nie podniósł głowy, aby przywitać Panią Zosię, tylko mały Maciuś krzyknął: „Babcia!”
W lodówce przedwczorajsza zupa do jedzenia.

Pani Zosia postanowiła wykorzystać pogodę i pójść do parku. Może tam spotka kogoś kto będzie miał czas pogadać.

Wzięła książkę, może trochę poczyta.
Weszła do parku, wszystkie ławki zajęte. Po trawie biega kilkoro dzieci. Na każdej ławce siedzą młodzi ludzie, niektórzy bez słowa wpatrzeni w ekrany telefonów a inni zajmują się swoimi psami poświęcając swoim pupilom cały czas.
Na dzieci nie bardzo kto  zwraca uwagę.
Pani Zosia postanowiła wejść w głąb parku, może będzie wolna ławka albo spotka kogoś znajomego.
Niestety,  nie ma wolnej ławki, w oddali siedzi kobieta czytająca książkę, ale wstaje i odchodzi bo przysiedli się dwaj podpici młodzieńcy z siatą piwa.
Pani Zosia postanowiła wrócić do domu.
 Ja pójdę w głąb parku. O jest ławeczka. Stoi sama, wolna, nawet nie pomalowana.
Może dlatego, że przysłoniły ją zwisające gałązki wierzby. „Usiądę, odpocznę, przemyślę, co to jest samotność.”
Samotność bez bliskiej osoby  w pustym mieszkaniu jest smutna, ale chyba najbardziej boli samotność w tłumie.



Dorota Szczepańska

Przypadki pychy
Ławeczka była zwykła. Sklecona z nieco już zmurszałego drewna, pokrytego zielonym nalotem i naruszonego upływem czasu. Stała sobie w parku nieopodal małego, zadbanego skwerku pełnego wiosennych kwiatów i soczystej zieleni świeżej, nowej trawy. Od dawna nikt na niej nie siadał. Tutejsi mieszkańcy wiedzieli, że deski mogą się okazać zbyt słabe, aby utrzymać ciężar ciała, a nikt nie chciał gruchnąć z rumorem na ziemię, wzbudzając ogólną wesołość spacerowiczów, których w tym parku nigdy nie brakowało.
Pewnego dnia pojawiła się tam także ona.
Ubrana w markowe ciuchy i w wyzywającym makijażu przystanęła przed jedną z parkowych alejek, jakby się wahając, czy iść dalej swoją drogą, nie zwracając uwagi na piękno przyrody czy też zboczyć nieznacznie z obranej ścieżki, aby skrócić sobie drogę i – być może – nieco ucieszyć oko pięknymi widokami.
Zdecydowała się połączyć oba rozwiązania. Jak zawsze jej się śpieszyło więc krótsza droga była jej na rękę, ale nie zamierzała zwracać uwagi na jakiekolwiek kwiatki, ptaszki czy drzewa – było na to zbyt zajęta. Była też przy tym bardzo dumna i pyszna, ale to akurat mógł jej powiedzieć każdy, kto ją choć troszkę znał, gdyby chciała mu na to pozwolić.
Nie miała zbyt wielu przyjaciół, a ściślej – ani jednego. W zamian za to miała wysokie mniemanie – o sobie; bardzo dobre relacje – ze swoim „ego” oraz bardzo dużo czasu aby nieustannie dbać o nieskazitelny wizerunek. Naturalnie, swój.
Nie liczyło się dla niej niczyje zdanie. Była doskonała, a doskonali – nie potrzebują niczyjej obecności, porady i życzliwości.
Nie na darmo mówili na nią: PYCHA.
Wydawało się jej, że wystarczy zrobić kilkanaście, no, może kilkadziesiąt kroków przez park i będzie mogła spokojnie kontynuować swoją podróż w Bardzo Ważnym Celu. Gdzieś tam, za parkiem, był ktoś, kto natychmiast potrzebował jej pomocy w odbudowaniu poczucia wyższości i umocnieniu miłości własnej. Takiego wezwania Pycha nigdy nie ignorowała.
Zrobiła krok w głąb parku… i natychmiast znalazła się na ziemi, bo jakiś rozpędzony malec wpadł w nią na swoim dziecinnym rowerku. Zadyszana mama, usiłująca nadążyć za synkiem, wysapała tylko: „Bardzo panią przepraszam” i dalej popędziła za małym cyklistą, który tratował już następnych, niczego nieświadomych przechodniów.
– Co to za porządki! – wrzasnęła Pycha  – kto to widział, co za bezczelny smarkacz! Moja suknia, całkiem zniszczona!
Wykrzykiwała tak jeszcze przez chwilę, ale nikt nie zwracał na nią uwagi. Zrezygnowana podniosła się z ziemi i podeszła do nieopodal stojącej, właśnie tej, mocno wysłużonej i bardzo niepewnej, ławeczki. Gdyby przycupnęła na brzegu, może nic by się nie stało. Ale przecież to była Pycha! Ona nie umiała na brzegu, na uboczu, po cichutku. Dokładnie zmierzyła ławkę wzrokiem i z całej siły opadła całym ciężarem ciała na samym jej środku. Rozejrzała się wokół. Dlaczego nikt nie zwracał na nią uwagi? To było nie do pomyślenia. Nabrała powietrza w płuca… i z impetem, przy akompaniamencie trzasku starych, zmurszałych desek, znów wylądowała na ziemi. Obok pojawił się jakiś młodzieniec, który wyciągnął rękę, aby pomóc jej się wydostać z pułapki, ale ona nawet go nie zauważyła. Sama niezdarnie gramoliła się spośród resztek drewna, które dodatkowo wbijały w jej nienaruszone dotychczas ręce swoje maleńkie, kłujące drzazgi. Pycha postękując  podniosła się na nogi i czym prędzej, jak niepyszna, umknęła w stronę szerokiego, wygodnej chodnika, aby jak najszybciej zniknąć z oczu wszystkim, którzy byli świadkami Jej upadku. Dosłownie i w przenośni.
(Ten esej ukazał się niedawno na łamach portalu wrodzinie.pl, jako trzeci odcinek z cyklu: Wielkopostne Promyki - http://wrodzinie.pl/wielkopostne-promyki-iii/)






Jadwiga Grzesiak

Sześć odcieni zazdrości

Kierowała mną dziś przemożna chęć ruchu. Aby ją zrealizować, założyłam sportowe buty i plecak, wzięłam kijki i wio, na piechotę do gospodarstwa Małgosi Skowronek.
Idąc, omijałam szosę, którą zawsze jeździłam, wybierałam polne drogi. Wyprawa okazała się trudniejsza niż myślałam, bo te drogi mało kto kosił, więc były porośnięte wysoką trawą, wszechobecnym tu wrotyczem a nawet tarniną i pędami kłujących jeżyn.
To znak naszych czasów. Kiedyś drogą pędzono bydło na pastwiska, jeżdżono konnymi wozami, czasem nawet przemknął gospodarz z kosą na ramieniu, więc polna droga była wydeptana, ujeżdżona, roślinność nie panoszyła się na niej, bo wyjadały ją krowy.
Po pokonaniu kilku kilometrów poczułam się zmęczona, choć zadowolona. Z chęcią skorzystałam z ławeczki ustawionej w malowniczym sąsiedztwie hortensji i ogródka różanego przed lokalikiem Małgosi, który nazwała „U Skowronków”.
Przysiadła się do mnie wychudzona brunetka o żółtawej cerze. „Pewnie ma kłopoty z wątrobą” – pomyślałam. Chciałam zagadać, ale gdy zobaczyłam jej spojrzenie, którym wodziła dookoła – zrezygnowałam. Najpierw zlustrowała wzrokiem Małgosię. Jej wzrok powiedział: „Za ładna”. Później spojrzała na Wampira. „Za bardzo uśmiechnięty, za uprzejmy, ma za dużo owłosienia aż zazdrość bierze”. Ona miała fryzurę przeciętną pod względem gęstości. Wreszcie zazdrośnica się odezwała:
- Przyjechałam kupić pierogi, ale takie tu wszystko drogie, co będę Skowronkowej napychać kieszenie. Pojadę na zakupy do miasta, tam jest większy wybór – oznajmiła, zwracając się do wysokiej blondynki, która właśnie wysiadała z auta i kierowała się po zakupy do Małgosi.
- Zazdroszczę wam tych wyrobów u Skowronków. – powiedziała do chudej brunetki. – takie smaczne i zdrowe.
Sześć odcieni zazdrości. Przyszedł mi na myśl tytuł utworu Hanny Krall – „Sześć odcieni bieli”, który sparafrazowałam. Słowo „zazdroszczę” zbytnio się rozpanoszyło w języku polskim. Gdyby pani o blond włosach powiedziała: „Podziwiam smaczne i zdrowe wyroby, które można kupić u Skowronków, stworzyłaby aurę przyjaźni i sympatii, która przecież czuła, bo to jej „zazdroszczę: było życzliwe i jej często używane w takim właśnie znaczeniu, ale zamiast łączyć – dzieli bo zazdroszcząca odsuwa się jak gdyby od nas, czegoś jej brakuje, nawet jej współczujemy. Jednocześnie zazdrość wyrażana głośno, a nie skrywana, nie jest znów taka niszcząca, bo to przecież nie zawiść. Zawsze jednak ujemnie wpływa na dobrostan wątroby osoby zazdroszczącej.

wtorek, 22 stycznia 2019

Biała, niezapisana kartka.

Każdy z nas inaczej sobie poradził z tym zadaniem. "Biała, niezapisana kartka" jako nasza praca domowa jest szczególnym tematem. Niby prosta sprawa; wiadomo: Nowy Rok, styczeń, nowy kalendarz... trochę skojarzenia nasunęły się same. Ale potem okazało się, jak bardzo rózne to były skojarzenia. I jak bardzo różnie podeszliśmy do tego tematu.
Takie nasze bogactwo. Dzisiaj się nim dzielimy. Zapraszamy :)


(Te-Tra)
***

Dlaczego chcę, żeby było lepiej, skoro jest dobrze?
Po co liczę na cud? Pan Bóg jest na pewno zajęty!
Skąd wiem, że stać mnie na coś jeszcze, przecież już tak wiele osiągnęłam?
W jakim celu wytężam wzrok, jakby za zakrętem istniało coś jeszcze?
Po kiego diabła nadstawiam ucha, kiedy nikt nie woła?


… bo wciąż żyję… bo trwam… bo marzę



(Barbara Cywińska)
Na białej kartce, a właściwie na dwóch białych kartkach linijka pod linijką wije się rząd liter, złożonych w słowa i zdania... Na jednej kartce, pismem odręcznym, na drugiej zaś czcionką komputerową, zapisana została elementarna prawda, symbol, budzący szacunek, nieodzowny element życia ludzkości od wieków... Spracowane dłonie babci Marianny sprawnie wyrabiają chlebowe ciasto w drewnianej dzieży... Gołym okiem widać ogrom miłości i energii, jaką, te dłonie, poznaczone niebieskimi żyłkami, wkładają w te niby proste czynności, najpierw wyrabiania potem formowania bochnów chleba, poprzez  rozpalanie w piecu i pieczenie, aż do obdarowywania członków rodziny i sąsiadów chlebem, uczyniwszy wpierw na nim znak krzyża...
Zaledwie kilka dni temu taki obraz wyświetliło moje prywatne kino. Wiele lat po tym, jak na miejscu  tamtego domu, domu babci, w którym scena pieczenia chleba była powtarzalna, wyrósł inny dom, inny piec a chleb kupuje się w sklepie.  Tamten dom,  zbudowany z bali, z przestronną sienią, spiżarnią zwaną komorą, piecem chlebowym i takim dziwnym zamknięciem na drzwiach, nazywanym skoblem istnieje tylko w pamięci członków rodziny. Babcia mówiła, zamknij dziecko drzwi na skobel!  I nożem czyniła na chlebie znak krzyża, zanim odkroiła wielką pajdę, pachnącą, pożywną, pyszną... Takie niby nic nieznaczące strzępy wspomnień coraz częściej pojawiają się w świadomości, wciskają przed myśli i  słowa, nadając im kierunek....Zaledwie  kilka dni temu po raz pierwszy w życiu, w wyjątkowym bo świątecznym okresie, sama wyrabiałam ciasto na chleb. Ręce mnie rozbolały od ugniatania i mieszania...ale...o dziwo, sprawiało mi to przyjemność...Chleb, przygotowany własnoręcznie, przed laty niemal codzienność, dzisiaj - wielkie święto! Zapach, smak...coś fantastycznego, czego nie można z niczym porównać! I te emocje...bezcenne. Gorąco polecam.
Receptura wypieku chleba według wskazówek dwóch kobiet, które nic o sobie nie wiedzą. Łączy ich - tylko i aż - chleb. 



fot. B.C.

1 kg mąki (200 g żytniej, 200 g orkiszowej, 600 g pszennej)
3/4 szklanki otrąb pszennych
3/4 szklanki otrąb owsianych
0,5 szklanki ziaren słonecznika
0,5 pestek dyni
3 łyżki kminku
3/4 szklanki siemienia
0,5 kostki drożdży (50 g)
4 małe łyżeczki soli
zakwas, prezent od Teresy (dziękuję!)
2 szklanki zimnej wody
2 szklanki gorącej wody
Wszystko dobrze wymieszać. Odłożyć garść zakwasu do słoika i wstawić do lodówki. Będzie potrzebny gdy przyjdzie nam ochota na powtórkę z pieczenia chleba. Ciasto włożyć do 2 blaszek typu keksówka, wyłożonych papierem do pieczenia). Wstawić na 2 godziny do lodówki.  Piec około godziny  w temp 180 C. Na 15 minut przed końcem pieczenia zmniejszyć temperaturę do 160 C.

Tekst znajduje się na blogu (https://przystanek-40.blogspot.com)

(Matylda Graboś)

Tabula rasa - niezapisana tablica. Wyrażenie to, znane już było w średniowieczu, a nowożytnego sensu nadał mu filozof John Lock, który pisał, że umysł w czasie narodzin jest „czystą kartą, niezapisaną żadnymi znakami”. Umysł taki czeka na zapisanie poprzez doświadczenia i edukację. Czy faktycznie tak jest? Można by z tym polemizować. Przecież dziecko w chwili narodzin posiada już jakieś wspomnienia – doskonale zna rytm bicia serca swojej matki, brzmienie jej głosu. Najmilsze dźwięki, które sprawiają, że ta maleńka istotka czuje się bezpiecznie. Nie jest więc tak zupełnie niezapisany. Moim zdaniem człowiek, w chwili narodzin rozpoczyna kolejny już rozdział księgi zatytułowanej „Życie”, w której pierwszymi zanotowanymi słowami było jego poczęcie. Każda sekunda, minuta, godzina… dzień, miesiąc, rok… 



Z każdą upływającą chwilą piszą się kolejne zdania, strony, rozdziały. Tworzą się nowe wątki i pojawiają się nowi bohaterowie – bardziej lub mniej kluczowi. Nasuwa się na myśl pytanie, czy Życie pisze się samo czy my jesteśmy jego autorami? A może to Bóg jest jego autorem? Może ta księga od samego początku naszego istnienia jest już skończona a nam dane jest tylko ją przeczytać? Z drugiej strony, mamy przecież wolną wolę, możemy sami decydować o sobie i o swoim życiu… Możemy być panami swojego losu… Jak to w końcu jest z tą czystą, niezapisaną kartą…? Ja wierzę, że to Bóg pisze nasze Życie, ale jest Autorem, który słucha sugestii swoich czytelników; który pozwala się uprosić i który często wprowadza nas w wątki, gdzie Sam daje nam możliwość wyboru, w którą stronę, dalej ma potoczyć się akcja tej niezwykłej powieści; i niezależnie od tego jak ją poprowadzimy, to jej zakończenie Bóg już dawno dla nas przygotował. Zostaje nam się tylko modlić, by księga naszego życia była jak najdłuższą historią, obfitującą w radosne wątki i by doprowadziła nas –  jej głównych bohaterów do szczęśliwego zakończenia.


(Dorota Szczepańska)


Zimowy dzień zawsze ma w sobie coś z tajemnicy. Śnieg zakrywa wszystko to, co niedoskonałe a biały puch może niespodziewanie wpaść za kołnierz albo, porwany wiatrem, unieść się w górę na podobieństwo burzy piaskowej, aby zakryć wszystko przed ludzkimi oczami. Tumany śniegu swoim zimnym dotykiem otulały każdy krzew i każdą gałązkę w parku tak ściśle, że nie mieścił się na nich nawet jeden płatek śniegu więcej, a zdziwione gawrony, których nie odstraszał nawet spory mróz, przechadzały się po alejkach, niby strażnicy doglądający, czy aby wszędzie tego śniegu jest po równo.

Rys. Ewa Sprawka

W taki właśnie zimowy, mroźny dzień Dagmara skręciła nogę. I w tak samo mroźny, śnieżny dzień, ale rok później, dostała pracę w firmie Michała.
Ona, polonistka. Bez doświadczenia biurowego, bez praktyki, bez pojęcia o tym, czym miałaby się zajmować.
Polecona przez Jagodę, która właściwie wtedy jeszcze jej nie znała, ale – jak mawiała – gorąco wierzyła w jej możliwości i inteligencję – została przyjęta do pracy bez żadnych dodatkowych wymagań typu: „pani się douczy, podszkoli, my będziemy obserwować i zobaczymy”. Po prostu.
To było coś zupełnie nowego i innego niż dotychczas. I coś, czego chciała spróbować.
Od nowa. Jeszcze raz. Zapominając o tym, co za nią. Dokładając wszelkich starań, ufając własnej intuicji i słuchając tych, którzy – wiedziała o tym – byli jej życzliwi.
Biała, niezapisana, nowa kartka. Czysta. Niewiadoma. Zagadkowa.
Jak nowy dzień, jak blady świt, jak pierwsza w życiu wiosna.

I jak śnieg, który pada w całym mieście, wszędzie jednakowo, i który wypełnia, przykrywa, zasłania i odnawia, a  wiosną – nawadnia i daje życie.



(Jadwiga Grzesiak)


Cała kolonia Rajsk przygotowywała się do świętowania urodzin Lodzi.
- Które to urodziny?- zastanawiała się Basia.
Nikt nie śmiał pytać o to jubilatki.
„Na pewno dawno skończyła osiemdziesiąt lat”, domyślała się Zofia. „Ta Lodzia jeszcze taka piękna kobieta, trzyma się prosto. Sylwetkę ma zgrabną, porusza się z gracją. Mało się porusza. Więcej siedzi, bo ma zawroty głowy” - zasępiła się Zofia.
- Ma taką ładną cerę i puszyste włosy w kolorze platyny, naturalne. Lodzia nosi jasne ubrania i kolorowe szale, dba o wygodne obuwie z amortyzującą podeszwą, nosi złote pierścionki, a na przegubach obu rąk ma piękne bursztynowe bransoletki, które nosi, jak mówi, w celach zdrowotnych.
- O co to może chodzić? – zastanawiała się Zofia.
Bursztyn ma właściwości lecznicze, które znano już w starożytności w zetknięciu ze skórą wydziela piękny zapach ma też własności magiczne - wyjaśniała Basia.
- Magia?  To Lodzia jest czarownicą?- Zofia jak zwykle rozumiała wszystko dosłownie. A teraz zadumała się.
Jej życie odkąd zamieszkała w „Pensjonacie pod Malinką” bardzo się zmieniło. Nie jest już wiecznie sama, ot stara kobieta czekająca na śmierć - jak o sobie przedtem myślała. W ogóle nie myśli o śmierci, myśli o życiu, o dniu dzisiejszym.
Ja też się muszę przygotować jakoś do tej uroczystości- powiedziała głośno.
Co ja zrobię z włosami? -zasępiła się.
Były one bardzo przerzedzone i nie dodawały Zofii urody.
Basia zaproponowała, ażeby kobieta zakładała nakrycie głowy. Zaprojektowała turban. Jego wzór zrobiła z miękkiego szala i przymierzyła Zofii. Było ładnie.
Jakie kolory będą najlepsze?- zastanawiały się kobiety.
- Trzeba skomponować z barwą sukni - radziła Suzette, która otworzyła szafę i przeglądała jej zawartość. Ta miodowa sukienka chyba będzie najładniejsza.
Ręce Basi dzisiaj były w dobrej formie, wzięła więc karton i kredki, i namalowała tkaninę w pasy: miodowe, beżowe i białe. Pomyślimy, jak zmaterializować ten projekt.
Rozległo się pukanie do drzwi. Usłyszały charakterystyczne dwa stuknięcia. Wszystkie usiadły na krzesłach.
Do pensjonatu wszedł Krzyś Śledziewski. Z ujmującym uśmiechem ucałował ręce pensjonariuszek.



- Czy dobrze usłyszałyśmy, że zapukałeś dwa razy?- kokietowała Suzette.
- Bardzo dobrze. A gdybym zapukał trzy razy, to co byście zrobiły?
- Podeszłybyśmy do stołu - wyrwała się Zofia.
- Nie, nie - śmiała się Basia. - W takim przypadku wszystkie powinnyśmy stać.
- Dobrze - pochwalił ją Krzyś. Natomiast podchodzimy do okna, gdy zapukam cztery razy - przypomniał opiekun trener i menadżer w jednym. – Wszystkie te zabiegi służą ćwiczeniu pamięci. Cały czas pamiętamy o tych ćwiczeniach o rehabilitacji.
- Basia jest młoda i ma dobrą pamięć, to nam podpowie - znalazła wyjście Zofia.
- Nad czym się zastanawiacie? Co to za projekt? - zainteresował się Śledziewski, widząc porozkładane na stoliku materiały.
- Robimy nakrycie głowy dla Zofii, będzie to turban w pasy miodowe beżowe i białe.
- Zamiast białych proponuję écru - radził Krzyś. Kolory lepiej się będą komponowały, a panie, przy okazji, będą ćwiczyły wymowę trudnego wyrazu.
Ona będzie uczyła, ona - zgłosiła się Suzette. – To jest wyraz francuski, ona najlepiej nauczy.
Pensjonat rozbrzmiewał odgłosami lekcji fonetyki i śmiechami nie zawsze pojętnych uczennic.
- Ale wam wesoło, zazdroszczę - powiedziałam na powitanie wchodząc do Pensjonatu pod Malinką.
- Mamy zamówienie dla malarki – prześcigały się w pomysłach kobiety.
Obiecałam, że pokryję białą tkaninę pasami w stosownych kolorach i uformuję z niej turban dla Zofii. Postaram się też, żeby materiału wystarczyło jeszcze na pasek do sukni.
Krzyś ćwiczył wymowę razem z paniami. Ćwiczenie było utrudnione, bo pojawiły się dwa niepolskie wyrazy: oprócz écru, jeszcze répète, gdyż wyraz „powtórzcie” był nie do wymówienia przez Francuzkę. Polecenie wydawała więc w swoim ojczystym języku. Zofia uparcie powtarzała za Suzette „répète” zamiast „écru”. Instruktor dał się omamić i też krzyknął: répète. Basia zaśmiewała się z tej pomyłki, tak ją ona rozśmieszyła, że dusiła się od śmiechu, co w jej przypadku wcale nie miało przenośnego znaczenia. Straciła oddech, zsiniała, Krzyś robił jej sztuczne oddychanie, pielęgniarka Ela podała lek, wezwano pogotowie. Basia trafiła do szpitala.

Zrobiono jej tam badania, zmieniono leki i Basia do nas wróciła.


(nowe teksty pojawią się w przeciągu kilku dni, ale żeby nie trzymać wszystkich w niepewności i oczekiwaniu - publikuję to, co jest do tej pory)


niedziela, 23 grudnia 2018

OBFITOŚĆ SŁÓW


Spotkaliśmy się przed tuż przed świętami. Nasze bombkowe, inspirowane powieścią naszej Moniki... I właściwie było wiadomo. 
To, co przeczytacie poniżej, to efekty naszej pracy, które prezentowaliśmy 21. grudnia właśnie na "Bombkowym". To różne teksty. Będą sukcesywnie dodawane, ale dziś już - kilka z nich, jako prezent pod choinkę. Zaręczam, że warto się przy nich zatrzymać.


Ogrody anielskie... (Barbara Cywińska)


Kawa, uwielbiana, bez której trudno przeżyć dzień, w jednej chwili traci smak, zatrzymuje się gdzieś w przełyku jakby była głazem, ciężkim i twardym a nie aromatycznym płynem. Jak to możliwe? Dźwięk przychodzącej wiadomości, mimo że wdziera się w przyjacielską pogawędkę trzech kobiet, nie zapowiada niczego złego. Jeszcze nie…Tymczasem w małym tarnobrzeskim mieszkaniu, w każdym zakamarku widać troskliwą rękę Wandy, jej artystyczne upodobania i próbki prac, haftowane obrazy, gobeliny, bibeloty najróżniejsze, przycupnięte tu i tam. Jan, z telefonem w dłoni, krąży po mieszkaniu, rozgląda się, nasłuchuje. Tak bardzo chciałby usłyszeć jej kochany głos... To miał być prosty zabieg. Fakt, Wanda chorowała od dawna, jej serce było takie słabe. Lekarze zapewniali, że po zabiegu odzyska siły. Coś jednak poszło nie tak!

A on tyle razy ją denerwował, tyle razy narażał jej serce na stres. Gderał, że w całym mieszkaniu poniewierają się motki włóczki, jakieś tasiemki, sznureczki, że ona nic nie robi tylko dzierga te swoje ozdóbki, kokardeczki na choinkę, łańcuszki...I po co to robi, przecież i tak będzie musiała to rozdać znajomym bo w ich dziupli to wszystko się nie zmieści. Kilka lat temu, gdy mieszkali na wsi pod Bychawą te jej świąteczne upodobania do masowej produkcji ozdób miały jakiś sens. Wanda już w październiku zaczynała planować, projektować świąteczną aranżację ogrodu, gromadziła materiały itp. Ich ogród, świątecznie przyozdobiony jej ręką, wyglądał jak z bajki. Wszyscy się nim zachwycali. Bywało, że obcy ludzie przejeżdżając obok zatrzymywali się żeby zrobić mu zdjęcie… Jan słuchał tych zachwytów, przyjmował je z radością i puchł z dumy ale nigdy żony nie pochwalił. Ot, głupia męskiej przekora. Gdyby mógł cofnąć czas… Ale ten uparciuch CZAS nie daje się cofnąć! Jan drżącą ręką wystukuje na ekranie komórki wiadomość: "...w środę w szpitalu...ręka bezwładnie opada, oczy zachodzą mgłą. Ile trwa ten stan odrętwienia sam nie wie, z trudem pisze dalej: ...zmarła mi żona. Pogrzeb odbył się w sobotę. Przepraszam, że Cię nie powiadomiłem. Jan." - Zaraz! Ściskam komórkę w dłoni, musiałam coś źle przeczytać, albo źle zrozumieć. Jak to? Wanda nie żyje? Wanda, kobieta anioł, chodząca dobroć? Kobieta o wielkim sercu, przepełnionym miłością i życzliwością dla innych ludzi, wyrozumiała żona, kochająca mama i babcia, fantastyczna przyjaciółka, artystka i najlepsza gospodyni? Kogoś takiego już nie ma? To niemożliwe! To nie może być prawda. Ja protestuję! Nie zgadzam się! Walę pięścią w stół, aż podskakują filiżanki. Złość, bezsilność, żal wylewają się potokiem łez...Już nigdy! Jak okrutnie dwa słowa te brzmią! - śpiewała przed laty Sława Przybylska. Słuchałam tej piosenki jako dziecko i nie rozumiałam słów. Jak na ironię, teraz same do mnie wróciły, a ich sens jest zrozumiały. 



Wanda. Nigdy nie spotkałam kogoś równie życzliwego dla świata jak ona. Nigdy u nikogo nie widziałam takiej pogody ducha i radości w sercu, pomimo wszystko, pomimo kłopotów najróżniejszych, których życie fundowało jej bez liku. To wielkie szczęście, że los postawił kogoś takiego na mojej drodze. I tylko tych okazji do spotkań, zmarnowanych, żal. Za mało i za rzadko ze sobą rozmawiałyśmy. Już nigdy...tu na ziemi. Wierzę jednak, że tam, w anielskich ogrodach, Wanda wykorzystuje swoje artystyczne zdolności, przygotowując świąteczne dekoracje. Ale co to? Dałabym głowę, że śliczny aniołek, którego zrobiła dla mnie Wanda przed rokiem, dzisiaj ukryty pomiędzy gałązkami świerku, puszcza do mnie oko i pięknie się uśmiecha! Magia... czary jakieś… i chóry anielskie śpiewają:
Chrystus się rodzi
Nas oswobodzi
Anieli grają
Króle witają
Pasterze śpiewają
Bydlęta klękają

Cuda, cuda ogłaszają...



Modlitwa tego, który błądzi  (Te-Tra)

Jezu:
- nie pozwól osiwieć mojemu ojcu przeze mnie
- zabierz niepokój z twarzy mojej matki, która wygląda w nocy przez okno, aż pojawię się przed domem
- spraw, żebym ugryzł się w język, gdy babcia mówi, jak mam żyć
- usuń sprzed moich nóg psa, który, choć powinien mnie już omijać z daleka, nadal z ufnością biegnie w moją stronę
- powstrzymaj moją dłoń, gdy nawet w święta sięgam po alkohol
- ześlij na mnie chwilę trzeźwości i pozwól mi narodzić się razem z Tobą w ubogiej stajence



Pobożne życzenia   (Te-Tra)

Niech w dzień Bożego Narodzenia cieszą się wszystkie stworzenia:
- wygłodniały kot nad miseczką pełną tłustej śmietanki
- bezdomny pies z kulawą nogą przy ciepłej budzie
- stary koń wysłany wreszcie na emeryturę
- rosołowa kura z wolnego wybiegu, której po raz kolejny darowano życie
- karp, który, o dziwo, uniknął kontaktu z patelnią
- uczeń, któremu ferie spadły jak manna z nieba
- dziecko, które wysłało list do Mikołaja pocztą elektroniczną, wierząc, że ten jest na bieżąco z nowoczesną technologią
- nauczyciel, bo wreszcie ma czas dla własnej rodziny
- i ja, bo tak sobie po prostu założyłam i….. już!


Wieczerza u nas!  (Dorota Szczepańska)


- Wieczerza u nas! – z taką informacją Ksawery, nawet nie zdejmując butów, wpadł do kuchni, przynosząc ze sobą zimny wiatr i grudniowy mróz, który rozpanoszył się na dworze i ani myślał odpuścić.
- Jak to u nas? - gwałtownie odwróciła się od stołu Celina, przewracając stojącą na nim torebkę z mąką - W tym roku mieliśmy iść do Staszków.
- Halina zadzwoniła do mamy, że nie zdąży z niczym, bo jedzie w delegację i wraca na dzień przed Wigilią. Staszek powiedział, że jak ona pojedzie, to on może tylko choinkę kupić, bo na potrawach świątecznych się nie zna, a Franek zadzwonił do mnie, żebyśmy ratowali sytuację, bo jak nie u nas, to wigilii w tym roku nie będzie, bo przecież on od rana do nocy jest w warsztacie, więc nie ma na nic czasu. Więc sama widzisz, że u nas – pokiwał głową Ksawery, otrzepując się ze śniegu i tworząc w kuchni sporej wielkości kałużę.
- Nie właź tu! – tupnęła nogą Celina, a mężczyzna spojrzał na nią zdziwiony i już miał coś powiedzieć, ale zorientował się, że wyartykułowany zakaz był skierowany do kota, który przebudzony z drzemki zainteresował się mieniącą się na podłodze mokrą plamą.
- Bartek! Kolacja! Słyszałeś?! – dał się słyszeć na górze głos Maćka, który dzień wcześniej w szkole dowiedział się, że dawniej na kolację mówiono „wieczerza” i teraz, usłyszawszy to słowo z ust taty, nie omieszkał poinformować o tym swojego młodszego brata.
Celina złapała się za głowę.
- Chłopaki, dopiero czwarta. Kolacja za dwie godziny! Maciej, co ci przyszło do głowy…
- To tata powiedział – zaperzył się jasnowłosy malec, wpadając do kuchni jak burza – to tata, mamo!
- Synku – jęknął Ksawery, usiłując uwolnić się z kurtki, w której zaciął się zamek – synku, ja mówiłem, że wieczerza u nas. Nie kolacja.
- Tato! Przecież wieczerza to kolacja, pani wczoraj mówiła w szkole…
- Głodny jestem! – oznajmił Bartek, młodszy syn państwa Kamińskich, tarmosząc kota.
Celina złapała się za głowę.
- Uspokójcie się wszyscy. Bartek, Maciek – na górę. Zawołam was, jak będzie kolacja. Ksawery – ściągnij tą kurtkę przez głowę, za chwilę się roztopisz jak ten śnieg, w domu jest ciepło. I zdejmij buty. Chłopcy! Zabierzcie ze sobą kota. Robię pierogi, a on włazi na stół.


Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki w kuchni zrobiło się pusto, tylko palnik gazowy cicho syczał płomykiem pod garem z bigosem, a obok  bulgotała woda na pierogi, które zajmowały już cały blat stołu, choć na stolnicy leżał jeszcze kawał nierozwałkowanego ciasta.
Celina odetchnęła.
- Ksawery?
Mąż, już w domowych kapciach i bez kurtki, podszedł do niej i mocno ją przytulił.

- Tak, kochanie. Ja też bardzo lubię święta. Dobrze, że zagniotłaś tego ciasta więcej. W końcu wieczerza u nas. Nikt nie może w ten wieczór być głodny.



Opowieść Świąt Bożego Narodzenia (Danuta Hanaj)

Mała dziewczynka stała na stołeczku przy oknie i patrzyła przez skrawek zamarzniętej szyby. Szron pokrył prawie całe okna, więc mała Basia wyskrobała sobie  mały kawałek, aby odsłonić szybę i móc patrzeć na zasypane śniegiem pola. Śnieg skrzył się w promieniach słońca a pod okno podchodziły kuropatwy, bażanty a nawet zające rozpaczliwie szukając pożywienia, gdyż pierzyna śnieżna była bardzo gruba i zwierzęta nie mogły dokopać się do jakiejkolwiek roślinki.
Mama Basi krzątała się w kuchni przygotowując do świąt Bożego Narodzenia różne potrawy. Pachniał sernik upieczony ze swojskiego sera, makowiec z maku zebranego latem z pola.
W międzyczasie mama robiła salceson i kiełbaskę oraz bigos.
Tata w tym czasie strugał klocki dębowe przygotowując się do wykonania szprych do kół.
Klienci czekali na koła, aby móc na wiosnę uruchomić wozy niezbędne do pracy jak i transportu w gospodarstwach.
Dziewczynka bardzo się nudziła, nie miała rodzeństwa. Mieszkali w małym gospodarstwie oddalonym daleko od wioski.
Nadszedł dzień wigilijny. Od rana Basia z mamą ubierała choinkę, którą tato przywiózł ze swojego lasu. Drzewko wystroiły w bombki szklane, anielskie włosy, czub na samej górze drzewka oraz najważniejsze – świeczki woskowe zamocowane na specjalnych uchwytach.
(W wiosce, w której mieszkała rodzina, nie było jeszcze prądu.)
Tata przyniósł „króla” upiętego z prostej słomy żytniej i postawił go w rogu izby. Następnie wniósł naręcze słomy pszenicznej i rozłożył na całej podłodze zostawiając tylko skrawek koło paleniska kuchni. Mama przyniosła ze stodoły dużą garść siana i rozłożyła na stole następnie przykryła stół białym obrusem.

Od rana nic nie można było jeść więc wszyscy czekali na pierwszą gwiazdkę. Wreszcie jest pierwsza gwiazdka! Mama opatuliła Basię w chustę, sama ubrała się bardzo ciepło, tata również, wszyscy nałożyli długie buty. Mama rozdała łyżki i zapowiedziała, że nie wolno ich wypuścić z rąk ani położyć, bo w następnym roku będzie bolał kręgosłup. Zgasili lampę naftową, zamknęli dom i wyruszyli na pośnik do babci. Babcia z ciocią  mieszkały bardzo daleko. Szli przez zasypane pola, wpadając w zaspy śnieżne po pas. Po pół godziny minęli górkę, potem sąsiednią wioskę, no i jeszcze las. Tam już było łatwiej, bo przynajmniej droga nie była zasypana. Basia nie dawała rady iść, więc rodzice na zmianę nieśli ją „na barana”.
Wreszcie dotarli. W dużym pokoju przy ogromnym stole czekała rodzina – ciocie, wujkowie , babcia oraz mnóstwo dzieci. Stół był przykryty białym obrusem, a pod obrusem mnóstwo siana,  nie można było szklanek postawić, bo się przewracały. Wszyscy trzymali łyżki w rękach.  Początek kolacji to modlitwa za szczęśliwy przyszły rok oraz za tych, co odeszli i łamanie się opłatkiem, życzenia, uściski. Następnie ciocia rozpoczęła podawanie potraw. Jak tradycja każe, było ich dwanaście i każdą trzeba było skosztować.
Podano śledzie w occie, barszcz czerwony z uszkami, ziemniaki gotowane w łupinach, kapusta z grzybami, kluski z makiem, polewka, susz. Na zakończenie podane były racuchy. Babcia była prawie niewidoma, więc nie pomagała w obsłudze. Po kolacji dzieci bawiły się na słomie, a dorośli śpiewali kolędy.
Pająk wykonany pod kierownictwem cioci zawieszony u sufitu dodawał uroku temu miejscu.

Zrobiło się bardzo późno, dzieci chciały spać, więc wszyscy rozeszli się do domów – mieszkali bardzo blisko. Tylko Basię i rodziców czekała długa, ciężka przeprawa. Babcia też wyruszyła z nimi. Rodzice musieli dbać o dziewczynkę i niewidomą staruszkę. Na szczęście księżyc świecił, to droga nie była taka straszna. W połowie trasy z krzaków wyszła kotka, która czekała na nich  Razem dotarli do domu około północy.
Rano po śniadaniu rodzice Basi wyruszyli do kościoła oddalonego  o około 10 km a dziewczynka została z babcią. Dom lśnił czystością, choinka błyszczała dumnie. Wnuczka słuchała  bajek opowiadanych przez babcię. Zbliżało się południe więc rodzice niedługo powinni wrócić. Może zrobić im niespodziankę i zapalić świeczki na choince?


Dziewczynka wzięła zapałki z kuchni za zgodą babci zapaliła jedną. I nagle przypomniała sobie, jak mama ją upominała, żeby nigdy nie brała zapałek, bo może być nieszczęście. Stała jak wryta, mimo że babcia nalegała, żeby zapaliła świeczki.
Nie mogła się ruszyć z przerażenia. Co będzie jak nie doniesie ognia, jak iskra spadnie na podłogę ze słomą. Co robić??? Basia trzymała w małych paluszkach palącą się zapałkę, aż ta się wypaliła. Dwa palce zrobiły się czerwone i przeraźliwie piekły. Staruszka nie mogła jej pomóc, bo nic nie widziała ale poradziła, aby dziewczynka znalazła na strychu olej lniany.
Obydwie zrobiły kompres na rączkę.
Gdy rodzice wrócili w domu – była cisza, babcia drzemała na siedząco a Basieńka cichutko chlipała z bólu, leżąc na łóżku. Bała się przyznać, bo przecież mama zawsze ją upominała – zapałki w rękach dziecka to pożar…
 Na szczęście babcia wytłumaczyła całe zdarzenie i wszystko skończyło się dobrze.
Święta jak zawsze były cudowne, magiczne i niezapomniane.


Świąteczne opowiadanie (Matylda Graboś)

Od rana,  jak co roku, wigilijny poranek narzucił na wszystkich domowników przyspieszone tempo. Świątecznej krzątaniny nie można porównać do jakiejkolwiek innej. Jest w niej coś, co na zdrowy rozum trudno pogodzić. Łączy w sobie radosne oczekiwanie, podniosły nastrój oraz zmęczenie i nerwowość.
Po całym domu roznosi się zapach drożdżowych racuchów, smażonego karpia i gotującego się czerwonego barszczu. Czyż to nie kolejny paradoks? Cudowna woń potraw pieści zmysły, pobudza apetyt, a przecież tradycja nakazuje zachować post aż do wieczerzy wigilijnej.
Panujące w domu ciepło, co raz to zakłóca powiew mroźnego powietrza, wpadającego do środka wraz z otwierającymi się drzwiami. Nieustannie okazuje się przecież, że coś się zapomniało kupić i trzeba znowu wyjść do sklepu. A to też nie jest zwykłe wyjście… to prawdziwa wyprawa, której nie każdy może się podjąć. Panujący w sklepie tłok i towarzysząca zakupom irytacja, że najbardziej potrzebne nam produkty zostały już wykupione, a to wiąże się z koniecznością odwiedzenia kolejnego zatłoczonego marketu, jest misją dla osób o szczególnej łagodności i cierpliwości (oraz tych, którzy nie mają kłopotów z klaustrofobią). Całe szczęście, że temu niewdzięcznemu zadaniu towarzyszą radosne, świąteczne piosenki, które rozbrzmiewają w sklepach i rozładowują nerwową atmosferę wśród zakupowiczów.
 Wracając do domowej krzątaniny… pora na obsadzenie choinki! Na bożonarodzeniowe drzewko z niecierpliwością czekają i duzi i mali. Wszyscy zbiegają się do pokoju, gdy po domu rozniesie się zapach świeżości i lasu… Nadeszła najważniejsza chwila – drzewko należy osadzić i odpowiednio ustawić. Nie jest to łatwe gdy sięga sufitu, i jest tak rozłożyste, że z trudem przepycha się je między meblami. Ilu domowników, tyle wizji jak choinka powinna stać.


- Trochę w prawo.
- Bardziej na okno.
- Nie teraz za bardzo zasłania okno. Przesuń ją na ścianę.
- Jeszcze obróć, bo jest ładniejsza z tamtej strony.
I tak, w imię piękna, zapomina się o człowieku, który mocuje się z masywnym drzewem i raz po raz dotkliwie kłuje się igłami, tylko po to, by zadowolić swoją rodzinę. W końcu nasz bohater traci cierpliwość i ustawia choinkę po swojemu.
            Teraz, gdy drzewko już stoi, ku większemu lub mniejszemu zadowoleniu domowników, przychodzi pora na zawieszenie bombek. Do tego zadania zwykle zostaje oddelegowana jedna osoba, po to, by nie wchodzić sobie w drogę z wizją, jak ma ona ostatecznie wyglądać. I zaczynają się „dobre rady”:
- Ja bym powiesiła te złote bombki o gałązkę wyżej. Ale zrobisz jak uważasz…
- Tej bombki wcale tu nie widać, lepiej wyglądałaby bardziej na środku, ale oczywiście się nie wtrącam….
            I tak oto trudno powiedzieć jest, czy szlag bardziej trafia artystyczną wizję, czy może dekoratora… Ostatecznie choinka wygląda przepięknie i wszyscy się nią zachwycają.

            Gorączkowy dzień dobiega końca. Najmłodsi wypatrują na niebie pierwszej gwiazdki i cała rodzina, w odświętnych strojach, powoli zbiera się przy wigilijnym stole. Modlitwa i dźwięk łamanego opłatka przeganiają panującą od rana gonitwę i nerwowość. W domu na dobre zapanowała miłość i radość ze wspólnego spotkania. I nawet to, że ktoś potajemnie poprzewieszał bombki na choince, nie denerwuje, lecz budzi szczery uśmiech. I to właśnie jest magia Świąt! 



C.D.N.

... i ławeczka

Tytuł trochę nieskończony. A właściwie - jakby nie zaczęty :) Wszystko za sprawą naszej Pani Profesor Moniki A Oleksa, która wymyśliła supe...