środa, 17 kwietnia 2019

... i ławeczka

Tytuł trochę nieskończony. A właściwie - jakby nie zaczęty :)
Wszystko za sprawą naszej Pani Profesor Moniki A Oleksa, która wymyśliła super trudną pracę domową. Zajęcia były wspaniałe. Dużo twórczego wysiłku, rozmowy, dzielenie się swoją radością - każdy z każdym... no, u nas tak po prostu jest.
Ale pod koniec zajęć mieliśmy wylosować sobie po jednym bileciku, na którym było jedno słowo. Pycha, pokora, duma, odwaga, obojętność, przyjaźń... to nie wszystkie. Ale wiadomo już, o co chodzi. Zadaniem naszym było "usadzić" tą cechę (emocję? uczucie? postawę? wartość? - niepotrzebne skreślić) na ławeczce. Gdzie kto miał życzenie: w parku, na osiedlu, pod wodą, w sadzie... Sporo się działo. Efekty niektórych zmagań - poniżej.





TeTra
Ważna rozmowa
(scenka w jednej odsłonie)

(Park, miejsce oddalone od głównej alejki. Mężczyzna siedzi na ławce, sprawia wrażenie, jakby rozmawiał sam ze sobą)

Człowiek:
Wybaczysz mi?
Wybaczenie:
Co za pytanie, oczywiście!
Człowiek:
Nie spytasz mnie, co zrobiłem?
Wybaczenie:
Nie muszę. Gdybyś był niewinny, nie prosiłbyś mnie
o odpuszczenie winy.
Człowiek:
Przecież nie powiedziałem, czego się dopuściłem.
Wybaczenie:
Nie musiałeś, zdradziło cię kainowe znamię.
Człowiek:
Ty je widzisz?
Wybaczenie:
Tak, mam ten dar. To Bóg dał mi tę moc. Stworzył mnie po to, bym wybaczał i nauczył wybaczać tych, którzy tego nie potrafią lub nie chcą.
Człowiek:
Jestem zły, nie zasługuję na wybaczenie.
Wybaczenie:
Możesz to zmienić. Wybaczenie ma oczyszczającą moc. Czy nie poczułeś się lepiej, gdy darowałem ci winę? Tylko ten, kto umie wybaczać, może cieszyć się życiem i doświadczać prawdziwego wewnętrznego spokoju.


Człowiek:
Tak, oddycham spokojniej. Ale skąd pewność, że nie wrócę na złą drogę?
Wybaczenie:
Nie twierdzę, że nie wrócisz, ale teraz masz wybór. Poznałeś smak nieprawości, ale i lekkość duszy, ciężar wyrzutów sumienia i światło łaski. Dałem ci szansę na lepsze życie.
Człowiek:
Boję się, że zło znowu zatriumfuje, że mu ulegnę, przecież jestem taki słaby i grzeszny.
Wybaczenie:
Pewnie nie raz się tak zdarzy, ale na poprawę nigdy nie jest za późno! Wybaczę ci za każdym razem, kiedy tylko okażesz skruchę.
Człowiek:
Nie wiem, czy jestem na to gotowy.
Wybaczenie:
Dlaczego prosisz mnie o wybaczenie, nic od siebie nie wymagając? Trzeba przebaczać innym, ale przede wszystkim należy przebaczyć sobie, aby uwolnić się od poczucia winy za popełnione błędy i za braki, które w nas drzemią.
Człowiek:
Mam wrażenie, że wybaczenie jest aktem litości, a ja jej nie chcę.
Wybaczenie:
Przede wszystkim jest wyzwoleniem i nigdy nie jest łatwe ani dla jednej, ani drugiej strony. W obu przypadkach wymaga odwagi. Przemyśl to. Kto nie jest w stanie wybaczyć, nie jest zdolny do miłości.
Człowiek:
Dlaczego łączysz miłość z wybaczeniem?
Wybaczenie:
Bo stanowią nierozłączną parę. Kiedyś to zrozumiesz, wierzę
w to całym sercem.





Danuta Hanaj
Samotność i ławeczka

Nasza ziemia, nasze miejsce, nasz świat cudowny, piękny, zachwycający i ciągle nieodgadniony.
Tak chciałoby się zobaczyć cały, calusieńki: góry, oceany, zwierzęta, zabytki, poznać ludzi.
Dla mnie największą zagadką są ludzie, szczególnie ich zachowania. Gnają do doskonałości
zatracając i łamiąc jednocześnie podstawowe normy.
Często zastanawiam się nad stanem samotności.
Znam starszą kobietę, mieszkającą na skraju lasu w małej chatynce daleko od sąsiadów i osady.
Mieszka sama. Mąż zmarł dawno temu, dzieci wyjechały do miasta i za granicę. Pani Kazia nie ma telewizora, tylko słucha radia. Najczęściej słucha transmisji mszy świętej  Poza tym hoduje kurki, kaczki, gęsi. Uprawia cebulę, marchewkę i inne warzywa oraz zioła. Jej stałymi towarzyszami są stara kotka Miłka i biały kundelek w brązowe łatki, który zowie się Ciapek. Pani Kazia jest zawsze uśmiechnięta i radosna. Raz w tygodniu idzie do miasta po zakupy. Po drodze wstąpi do koleżanki we wsi, a innym razem odwiedzą ją znajome. Dzieci i wnuki przyjeżdżają na niektóre weekendy i na święta. Bardzo mi jest jej żal, bo wydaje mi się że cierpi na samotność ale czy na pewno.? To jej wybór, dlatego jest szczęśliwa.

Spotkałam w mieście cudowną grupę ludzi spotykających się raz w tygodniu. Opowiadali, że nie mogli doczekać się środy. Wspólnie wymyślali fantastyczne zajęcia: tańce, wyjazdy, robótki
Czasem urządzali sobie przyjęcia w wynajętym lokalu.
Jak w każdej grupie, znajdzie się ktoś, kto nie bacząc na korzyści, podejmuje działania podyktowane czystymi intencjami wkładając całe serce, aby zjednać wszystkich, wyciągać najsłabszych, więc nie zauważy, że z boku ktoś knuje podstęp, aby w cwaniacki sposób ze wspólnych osiągnięć zbudować dla siebie pozycję a następnie wyeliminować naiwniaka. Widziałam, jak dwie trzecie grupy odwróciło się od Pani Helenki plecami, aby wielbić przywódcę. Jedna trzecia, aby się nie narazić, odeszła z grupy i nie wróciła.
Pani Helenka została sama; nikt nie zadzwonił, nikt nie zaproponował spotkania, natomiast ataki i szykany były i owszem.
Z czasem próbowała się podnieść, ale guru zadbał, aby nie miała udziału w żadnym przedsięwzięciu. Nikt nie zastanowił się nad tym, kim od jest, jaki ma charakter, ważne, że ma wpływy. Zniknęły nawet 30 letnie przyjaźnie i znajomości.
Zastanawiam się, dlaczego historia piętnuje złych przywódców. Może wystarczyłoby powiedzieć jak teraz się mówi ,,tak to jest i tak musi być”.
Ludzie niszczą się wzajemnie, nie używając broni tylko perswazji.

W polityce jest prawdopodobnie podobnie, tylko my politykom za to płacimy.
Zastanawiam się, kto bardziej cierpiał na samotność, Pani Kazia czy Pani Helenka.
Praca obecnie to bezwzględne posłuszeństwo. Jeśli ktoś się odważy wypowiedzieć swoje zdanie, zaczyna się jego horror. I znowu wśród dziesiątków pracowników odważniak zostaje sam, bo jedni donoszą, aby szef mógł szybciej pozbyć się niewygodnego pracownika, a inni nie chcą się narażać.

 Czasy nasze kochane. Technologia rozwija się jak burza, przeskakując kilka wieków na raz a ludzie nie nadążają.
Znam rodzinę i to model pewnie dublowany. Zwykła rodzinę bez alkoholu i hazardu.
Matka pracuje ciężko, dba aby nikomu  nic nie brakowało. W domu są komputery, laptopy smartfony. Warunki doskonałe, czysto wygodnie. Pani Zosia wraca z pracy zmęczona ale radosna, bo wie, że w domu jest mąż, synowie i córka z wnukami.
Przekracza próg domu a tu cisza. Czyżby nikogo nie było w domu?
Zagląda do pokoju: jeden syn gra w grę na komputerze, a drugi przesuwa palec po ekranie smartfona. Żaden jej nie zauważył i żaden się nie odezwał.
W salonie na kanapie leży mąż z pilotem w ręku, co chwilę przełączając kanały.
 Wnuki: jeden śpi, a drugi bawi się w kąciku, córka siedzi w fotelu wpatrzona w ekran smartfona.
Nikt nawet nie podniósł głowy, aby przywitać Panią Zosię, tylko mały Maciuś krzyknął: „Babcia!”
W lodówce przedwczorajsza zupa do jedzenia.

Pani Zosia postanowiła wykorzystać pogodę i pójść do parku. Może tam spotka kogoś kto będzie miał czas pogadać.

Wzięła książkę, może trochę poczyta.
Weszła do parku, wszystkie ławki zajęte. Po trawie biega kilkoro dzieci. Na każdej ławce siedzą młodzi ludzie, niektórzy bez słowa wpatrzeni w ekrany telefonów a inni zajmują się swoimi psami poświęcając swoim pupilom cały czas.
Na dzieci nie bardzo kto  zwraca uwagę.
Pani Zosia postanowiła wejść w głąb parku, może będzie wolna ławka albo spotka kogoś znajomego.
Niestety,  nie ma wolnej ławki, w oddali siedzi kobieta czytająca książkę, ale wstaje i odchodzi bo przysiedli się dwaj podpici młodzieńcy z siatą piwa.
Pani Zosia postanowiła wrócić do domu.
 Ja pójdę w głąb parku. O jest ławeczka. Stoi sama, wolna, nawet nie pomalowana.
Może dlatego, że przysłoniły ją zwisające gałązki wierzby. „Usiądę, odpocznę, przemyślę, co to jest samotność.”
Samotność bez bliskiej osoby  w pustym mieszkaniu jest smutna, ale chyba najbardziej boli samotność w tłumie.



Dorota Szczepańska

Przypadki pychy
Ławeczka była zwykła. Sklecona z nieco już zmurszałego drewna, pokrytego zielonym nalotem i naruszonego upływem czasu. Stała sobie w parku nieopodal małego, zadbanego skwerku pełnego wiosennych kwiatów i soczystej zieleni świeżej, nowej trawy. Od dawna nikt na niej nie siadał. Tutejsi mieszkańcy wiedzieli, że deski mogą się okazać zbyt słabe, aby utrzymać ciężar ciała, a nikt nie chciał gruchnąć z rumorem na ziemię, wzbudzając ogólną wesołość spacerowiczów, których w tym parku nigdy nie brakowało.
Pewnego dnia pojawiła się tam także ona.
Ubrana w markowe ciuchy i w wyzywającym makijażu przystanęła przed jedną z parkowych alejek, jakby się wahając, czy iść dalej swoją drogą, nie zwracając uwagi na piękno przyrody czy też zboczyć nieznacznie z obranej ścieżki, aby skrócić sobie drogę i – być może – nieco ucieszyć oko pięknymi widokami.
Zdecydowała się połączyć oba rozwiązania. Jak zawsze jej się śpieszyło więc krótsza droga była jej na rękę, ale nie zamierzała zwracać uwagi na jakiekolwiek kwiatki, ptaszki czy drzewa – było na to zbyt zajęta. Była też przy tym bardzo dumna i pyszna, ale to akurat mógł jej powiedzieć każdy, kto ją choć troszkę znał, gdyby chciała mu na to pozwolić.
Nie miała zbyt wielu przyjaciół, a ściślej – ani jednego. W zamian za to miała wysokie mniemanie – o sobie; bardzo dobre relacje – ze swoim „ego” oraz bardzo dużo czasu aby nieustannie dbać o nieskazitelny wizerunek. Naturalnie, swój.
Nie liczyło się dla niej niczyje zdanie. Była doskonała, a doskonali – nie potrzebują niczyjej obecności, porady i życzliwości.
Nie na darmo mówili na nią: PYCHA.
Wydawało się jej, że wystarczy zrobić kilkanaście, no, może kilkadziesiąt kroków przez park i będzie mogła spokojnie kontynuować swoją podróż w Bardzo Ważnym Celu. Gdzieś tam, za parkiem, był ktoś, kto natychmiast potrzebował jej pomocy w odbudowaniu poczucia wyższości i umocnieniu miłości własnej. Takiego wezwania Pycha nigdy nie ignorowała.
Zrobiła krok w głąb parku… i natychmiast znalazła się na ziemi, bo jakiś rozpędzony malec wpadł w nią na swoim dziecinnym rowerku. Zadyszana mama, usiłująca nadążyć za synkiem, wysapała tylko: „Bardzo panią przepraszam” i dalej popędziła za małym cyklistą, który tratował już następnych, niczego nieświadomych przechodniów.
– Co to za porządki! – wrzasnęła Pycha  – kto to widział, co za bezczelny smarkacz! Moja suknia, całkiem zniszczona!
Wykrzykiwała tak jeszcze przez chwilę, ale nikt nie zwracał na nią uwagi. Zrezygnowana podniosła się z ziemi i podeszła do nieopodal stojącej, właśnie tej, mocno wysłużonej i bardzo niepewnej, ławeczki. Gdyby przycupnęła na brzegu, może nic by się nie stało. Ale przecież to była Pycha! Ona nie umiała na brzegu, na uboczu, po cichutku. Dokładnie zmierzyła ławkę wzrokiem i z całej siły opadła całym ciężarem ciała na samym jej środku. Rozejrzała się wokół. Dlaczego nikt nie zwracał na nią uwagi? To było nie do pomyślenia. Nabrała powietrza w płuca… i z impetem, przy akompaniamencie trzasku starych, zmurszałych desek, znów wylądowała na ziemi. Obok pojawił się jakiś młodzieniec, który wyciągnął rękę, aby pomóc jej się wydostać z pułapki, ale ona nawet go nie zauważyła. Sama niezdarnie gramoliła się spośród resztek drewna, które dodatkowo wbijały w jej nienaruszone dotychczas ręce swoje maleńkie, kłujące drzazgi. Pycha postękując  podniosła się na nogi i czym prędzej, jak niepyszna, umknęła w stronę szerokiego, wygodnej chodnika, aby jak najszybciej zniknąć z oczu wszystkim, którzy byli świadkami Jej upadku. Dosłownie i w przenośni.
(Ten esej ukazał się niedawno na łamach portalu wrodzinie.pl, jako trzeci odcinek z cyklu: Wielkopostne Promyki - http://wrodzinie.pl/wielkopostne-promyki-iii/)






Jadwiga Grzesiak

Sześć odcieni zazdrości

Kierowała mną dziś przemożna chęć ruchu. Aby ją zrealizować, założyłam sportowe buty i plecak, wzięłam kijki i wio, na piechotę do gospodarstwa Małgosi Skowronek.
Idąc, omijałam szosę, którą zawsze jeździłam, wybierałam polne drogi. Wyprawa okazała się trudniejsza niż myślałam, bo te drogi mało kto kosił, więc były porośnięte wysoką trawą, wszechobecnym tu wrotyczem a nawet tarniną i pędami kłujących jeżyn.
To znak naszych czasów. Kiedyś drogą pędzono bydło na pastwiska, jeżdżono konnymi wozami, czasem nawet przemknął gospodarz z kosą na ramieniu, więc polna droga była wydeptana, ujeżdżona, roślinność nie panoszyła się na niej, bo wyjadały ją krowy.
Po pokonaniu kilku kilometrów poczułam się zmęczona, choć zadowolona. Z chęcią skorzystałam z ławeczki ustawionej w malowniczym sąsiedztwie hortensji i ogródka różanego przed lokalikiem Małgosi, który nazwała „U Skowronków”.
Przysiadła się do mnie wychudzona brunetka o żółtawej cerze. „Pewnie ma kłopoty z wątrobą” – pomyślałam. Chciałam zagadać, ale gdy zobaczyłam jej spojrzenie, którym wodziła dookoła – zrezygnowałam. Najpierw zlustrowała wzrokiem Małgosię. Jej wzrok powiedział: „Za ładna”. Później spojrzała na Wampira. „Za bardzo uśmiechnięty, za uprzejmy, ma za dużo owłosienia aż zazdrość bierze”. Ona miała fryzurę przeciętną pod względem gęstości. Wreszcie zazdrośnica się odezwała:
- Przyjechałam kupić pierogi, ale takie tu wszystko drogie, co będę Skowronkowej napychać kieszenie. Pojadę na zakupy do miasta, tam jest większy wybór – oznajmiła, zwracając się do wysokiej blondynki, która właśnie wysiadała z auta i kierowała się po zakupy do Małgosi.
- Zazdroszczę wam tych wyrobów u Skowronków. – powiedziała do chudej brunetki. – takie smaczne i zdrowe.
Sześć odcieni zazdrości. Przyszedł mi na myśl tytuł utworu Hanny Krall – „Sześć odcieni bieli”, który sparafrazowałam. Słowo „zazdroszczę” zbytnio się rozpanoszyło w języku polskim. Gdyby pani o blond włosach powiedziała: „Podziwiam smaczne i zdrowe wyroby, które można kupić u Skowronków, stworzyłaby aurę przyjaźni i sympatii, która przecież czuła, bo to jej „zazdroszczę: było życzliwe i jej często używane w takim właśnie znaczeniu, ale zamiast łączyć – dzieli bo zazdroszcząca odsuwa się jak gdyby od nas, czegoś jej brakuje, nawet jej współczujemy. Jednocześnie zazdrość wyrażana głośno, a nie skrywana, nie jest znów taka niszcząca, bo to przecież nie zawiść. Zawsze jednak ujemnie wpływa na dobrostan wątroby osoby zazdroszczącej.

Życie tak szybko mija...

  Życie tak szybko upływa. Za szybko, jak dla mnie. Ale nie mnie oceniać zamysł Wielkiego Zegarmistrza, widocznie jest w tym zamierzony sens...